Pomalutku blog będzie przenoszony na nowe miejsce. O jego oficjalnym otworzeniu poinformuję, tymczasem link aby google już zaczeło do nas zaglądać :)
sobota, 14 lutego 2009
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Adresy, telefony - Rajastan, Himachal Pradesh, Punjab
HOTELE:
DELHI
Ringo Guest House, 17, Scindia House, Connaught Place, New Delhi 110001, tel. 23310605, mail: ringo_guest_house@yahoo.co.in
5 minut do Connaught Place, przy bocznej, cichej jak na hinduskie warunki uliczce, standard niski, dla backpackersów akurat :), łazienka z WC w pokoju, ciepłej wody brak, klima była, ale nie działała, miła obsługa, dość sympatyczne patio i dach z widokiem na Dehli, cena: 550 rupii za pokój 2-osobowy ze śniadaniem (śniadanie wliczone w pokój to wyjątek, nigdzie już się z tym nie spotkaliśmy)
JHUNJHUNU (kilkanaście km przed Mandawą jadąc od strony Dehli)
Hotel Jamuna Resort, tel. 91 1592 232871, www.shivshekhawati.com
Przy wjeździe do miasteczka Jhunjhunu, miły, cichy, czysty, rustykalny kompleks, pokoje w czymś w rodzaju bungalowu, bogato dekorowany tanią, ale miłą dla oka mozaiką, duzo zieleni, mozna spędzić miły wieczór w ogrodzie przy stoliczku, łazienka + WC, wody ciepłej nie było, mały basen na dachu, obsługa w porządku, cena: 700 rupii za 2 os. bez śniadania.
BIKANER
Hotel Harasar Haveli, http://www.harasar.com
Jeden z bardziej znanych i popularnych wśród turystów (takze tych zamożniejszych), przypomina bardziej typowy resort egipsko-jakiś tam, pokoje ładne i czyste, z czystą łazienką i WC (ciepła woda!), na dachu duza restauracja z dobrym jedzeniem i z codziennymi, wieczornymi występami na żywo, dodatkowo dwie kafejki, cena: 600 rupii za 2 os. bez śniadania (pytać o tansze pokoje, na początku pokazują o wiele droższe)
JAISALMER
Hotel Green
Hotel znaleziony przypadkowo, pokój z łazienką i WC, niezły, brak ciepłej wody, w pokoju TV, kilka minut do fortu, mało ciekawa restauracja na dachu z bardzo ciekawym widokiem na fort, cena 650 rupii za 2 os. bez śniadania.
JODHPUR
Hotel Ajit Mansion, obok 5-Batti Circle, tel. 91 291 2431767, e-mail: ajitmansion@yahoo.com
Trochę "plastikowy" z zewnątrz, przy głośnej ulicy, miła obsługa, dostęp do internetu, pokoje z łazienką i WC, standardowo brak ciepłej wody, bardzo głośna klima, standard ok, wszechobecny smog i hałas z ulicy, możliwość zjedzenia na dachu, cena ok. 600 rupii za 2 os. bez śniadania.
PUSHKAR
Pushkar Villas Resort, Panch King Road, tel. 0091 145 277 36 40, mail: arajoria@hotmail.com; pushkarvillas@yahoo.co.in
Przy cichej, bocznej uliczce, 15 minut do świętego jeziora, pokój ok, duze okna, łazienka i WC w standardzie raczej średnim, brak ciepłej wody, dosyć miły ogród z lampionami, basen (raczej do popatrzenia niż skorzystania), cena: ok. 700 rupii za 2 os. bez śniadania.
JAIPUR
Ashirvad Guest House, 4, Peelwa Garden, Moti Doongri Road, tel. 0141 2600 173
10 minut do świątyni Birla, Bardzo przyjemny, kameralny, dość cihy, miłe patio, spokój i duzo kwiatów hodowanych przez żonę właściciela, pokój i łazienka z WC ok, brak ciepłej wody, sporo białych turystów indywidualnych, czasem problem z jedzeniem (trzeba czekać 2 godziny, wtedy warto udać się do hotelu obok), cena ok. 700 rupii za 2 os bez śniadania.
AMRITSAR
Hotel Gopal Ji Resorts, 178 City Centre, B/s. Suraj Canda Cinema, near Bus Stand, tel. 25411 33, www.gopaljiresort.com
Niedaleko bus standu - ważna wiadomość, bo tylko ta wskazówka naprowadzała riksiarzy na właściwą drogę, hotel jest nowy, ale o średnim standardzie, niezbyt przyjemne pokoje i łazienki z WC, brak ciepłej wody, w miarę czysto, brak restauracji, jest dowozony catering, radzimy poprosić obsługę o przyniesienie stolika i jedzenia na dach, tam nocą jest w miarę przyjemnie i dobry widok na miasto. Głośno i wszechobecny smog, cena: 500 rupii za 2 osoby bez śniadania.
DHARAMSHALA
Hotel India House, Bhagsu Road, tel. 0091 1892 221 457 (mniej więcej naprzeciwko restauracji włoskiej Kokonor).
Absolutny hit w skali naszych doświadczeń z hotelami w Indiach. Czysty, przyjemny, profesjonalna obsługa, piękne pokoje z drewnianymi ścianami, widok na Himalaje, piękna łazienka i WC z ciepłą wodą, TV z kablówką, boczne ciepłe oświetlenie (rzadkość - wszędzie królują zimne, blade jarzeniówki), cena 650 rupii za 2 os. (cena wywoławcza 1300 rupii, rabat natychmiastowy :).
Uwaga ogólna: zawsze trzeba oglądać więcej niż jeden pokój, bo na początku pokazują najdroższe lub najgorsze. Można, będąc cierpliwym, znaleźć kompromis ceny i jakości.
PODRÓŻOWANIE
Rahim, właściciel hotelu Ringo Guest House w Delhi prowadzi także działalność turystyczną, można wynająć u niego samochód z kierowcą, nasza cena to ok. 12 000 rupii za osobę, szczegóły poniżej w opisie pierwszych dni, kontakt mailowy w opisie hotelu powyzej. Polecamy, przezyliśmy :).
Wijay Choudry, nasz kierowca takze oferuje taką usługę, dał nam lepszą cenę (8 000 rupii + większość noclegów i wyżywienia na jego koszt), polecamy pod kazdym względem, ale jednocześnie uczulamy na nieoczekiwane atrakcje, typu jazda z podchmielonym kierowcą na lotnisko :). Mail: anita_vijay2003@yahoo.co.in, tel. 0091 98 180 38 753.
Autor:
Monika
o
21:35
0
komentarze
Etykiety:
amritsar,
bikaner,
delhi,
dharamshala,
himachal pradesh,
hotele w indiach,
indie,
jaipur,
jaisalmer,
jhunjhunu,
jodhpur,
mandawa,
noclegi w indiach,
punjab,
pushkar,
rajastan
środa, 21 listopada 2007
18 listopada - żegnajcie Indie!
Logistyka na lotnisku w Delhi to temat odrębny. Spedzilismy tu 7 godzin. Najpierw 3 godziny w resting roomie (calkiem przyzwoitej sali, gdzie mozna w spokoju posiedziec, zdrzemnac sie, poczytac, napic sie herbaty czy zjesc, a nawet poogladac telewizje), potem w hali odlotow. Wiekszosc lotow jest opozniona, przypuszczamy, ze w wyniku takiej a nie innej organizacji hinduskiej. Check in nalezy rozpoczac 3 godziny przed wylotem, bo trzeba odstac swoje w gigantyczych kolejkach i pokazac paszport lub bilet niezliczonej ilosci rozstawionych w roznych miejscach pracownikow lotniska. Nasz lot takze przesuwa sie o 1,5 h, w rezultacie startujemy 2 h pozniej.
Autor:
Monika
o
21:21
0
komentarze
czwartek, 15 listopada 2007
17 listopada - Delhi
Wbrew naszym obawom udaje nam sie wyruszyc w drogę parę minut po po 4:00. Ciemno, zimno, kręte serpentyny a na dodatek, po godzinie jazdy droga zatarasowana przez przewróconą ciężarówkę. Widok lekko mrożący krew w żyłach. Widzej wysiada i dowiaduje się od innych kierowców, jak objechać zablokowany odcinek. Pytam, czy na pewno w tej ciężarówce nikogo nie ma. Wzrusza ramionami, stwierdza, że nie wie i rusza w dalszą drogę...
Do Delhi dojeżdżamy z 2-godzinnym spóźnieniem (chociaż objazd zajął nam jedynie pół godziny dłużej). Małe niedoszacowanie czasu podróży? :)
W drodze do centrum mamy okazję przyjrzeć się reakcji kierowców na nadjeżdżający ambulans na sygnale. Nikt się nie ruszył! Kierowca ambulansu także miał niewzruszoną minę.
Docieramy do Raj Ghat - rozległego, ładnie utrzymanego parku, gdzie zostały spalone zwłoki Mahatmy Gandhiego. Fakt ten upamiętnia czarna płyta, do której można podejść tylko bez butów, jak w świątyni. Przybywają tu liczne grupy całych rodzin hinduskich, wycieczki szkolne - ważne i popularne miejsce.
Po długim odpoczynku od wielkiego miasta i specyficznego zachowania mieszkańców, znowu stajemy się obiektem ciekawych spojrzeń i zaczepek. Stwierdzamy z przykrością, że nie mamy już nawet ochoty odwzajemniać przyjaznych pozdrowień dziesiątek dzieci, które mijają nas gesiego, powtarzając niezmordowanie: "Hello, what's your name?" i tradycyjne "Which country you belong?". Zaczepia nas też dwóch młodych chłopców, którzy bez cienia uśmiechu i właściwie na nas nie patrząc, także pytają "What is your country?". Stosujemy nową metodę. Udajemy, że nie rozumiemy angielskiego.
Widzej nas pospiesza, bo chce, jak twierdzi, pokazać nam jeszcze dużo rzeczy. Wiemy, że śpieszy mu się także do swoich "entrensowych" sklepów, a robi się coraz później :).
Kolejny punkt programu to Jama Masjid - największy meczet w Indiach. Widzej pyta nas, czy ma się zatrzymać, żebyśmy mogli zrobić zdjęcie z samochodu. Ze zdumieniem przyjmuje naszą odpowiedź, że owszem, ma się zatrzymać, ale po to, żebyśmy mogli wysiąść i spokojnie zwiedzić ów meczet. Zdaje się, że tego nie przewidział. Ci turyści mają naprawdę dziwne zachcianki!
Meczet jest fantastyczny! Przypomina nam trochę Fatehpur Sikri - taki sam wielki, jasny i przestronny dziedziniec otoczony z czterech stron krużgankami, fontanna (a raczej zbiornik wodny) na środku no i sam wielki, przepiękny meczet. Wstęp teoretycznie bezpłatny, ale za to wniesienie aparatu kosztuje 200 rupii - rekordowa cena w porównaniu z innymi, odwiedzonymi przez nas miejscami w Indiach :).
Postanawiamy wdrapać się na wieżę widokową, z której roztacza się ładny widok na miasto, między innymi można podziwiać rozległy Red Fort znany nam już z pierwszego dnia pobytu w Delhi. Na wieżę prowadzą kręte, wąskie i nieoświetlone schody, natomiast na samej wieży jest bardzo niewiele miejsca na wąskim odcinku wzdłuż okrągłych ścian wieży, pośrodku dziura na schody, do której bardzo łatwo wpaść. Nikt tu nie reguluje ruchu, w związku z tym my na górze bardzo szybko zostaliśmy zablokowani przez pchającą się z dołu po schodach ciżbę. I ani w dół ani w górę. Spędziliśmy tam kilkanaście minut, zanim tłum wchodzący zorientował się, że należy się wycofać i nie pozwolić jednocześnie, aby kolejne osoby wchodziły z dołu :).
Kolejną atrakcją miał być Czerwony Fort (Lal Qila), ale niestety w końcu z niego rezygnujemy. Wygląda wprawdzie bardzo okazale, ale czas płynie szybko, chcemy zobaczyć jeszcze kilka miejsc, a fortów widzieliśmy już niemało. Szkoda mimo wszystko.
Mauzoleum Humayuna, mogolskiego cesarza to kolejne magiczne miejsce, które trzeba koniecznie obejrzeć będąc w Delhi. Oglądamy je przy zachodzie słońca, rzesze ptaków w koronach drzew (w tym piękne, seledynowe papugi) zapewniają niezwykłe tło dźwiękowe, prawdziwa uczta dla oka i ucha.
Wyczytaliśmy, że mauzoleum jest uważane za natchnienie przy budowie Taj Mahal (który powstał jakieś 200 lat później). Rzeczywiście układ kompleksu jest bardzo podobny: okazała brama wejściowa usytuowana naprzeciwko głównego budynku, który kształtem rzeczywiście przypomina Taj Mahal, do tego po lewej i prawej stronie bliźniacze kwadratowe budynki i podobne rozwiązania "wodne" - długie wąskie kanaliki z wodą o mętnym, białym kolorze, aż sztywną od chloru.
Pod względem budulca i zdobień mauzoleum nie jest tak spektakularne jak Taj Mahal, ale ciepły kolor ścian z czerwonego i żółtego piaskowca nadaje mu niepowtarzalny klimat. Piękny ogród wokół dopełnia całości, jesteśmy zachwyceni tym miejscem i udaje nam się trochę wyciszyć.
Wstęp do mauzoleum kosztuje 5 USD (lub 250 rupii), ale naprawdę warto.
Mamy nadzieję na obejrzenie Qutab Minar, oddalonego 15 km od Delhi, ale tylko 40 minut dzieli zachód słońca od zapadnięcia całkowitego zmroku, więc z żalem rezygnujemy. Może te braki w zwiedzaniu zachęcą nas do ponownego odwiedzenia Delhi?
Przychodzi czas na negocjacje z Widzejem, który oczywiście chce nas już zawieźć do swoich entrensów. Okazuje się, że owe 2-3 sklepy, które zgodziliśmy się we wczorajszych ustaleniach odwiedzić, to duże, ekskluzywne malle, a nie pojedyncze sklepy, więc informujemy, że zgadzamy się tylko na jeden. Potem mamy pojechać do sklepów, które nas interesują (między innymi sklep z herbatą), a potem planujemy obejrzeć India Gate oraz budynki rządowe i ruszyć na lotnisko.
Mall zaliczamy z obrzydzeniem, sklep z herbatą nie oferował niczego szczególnego (indyjski Assam czy Darjeeling nie wyróżniają się niczym na tle innych znanych nam herbat, co dla takiego amatora tego napoju, jak Rafał, jest dużym rozczarowaniem).
Widzej niewinnie pyta Rafała, czy w takim razie chce jeszcze sobie obejrzeć jakieś tradycyjne koszule, po czym okazuje się, że wcale nie zamierzał mu pomóc w znalezieniu interesującego sklepu, lecz zawiózł nas do kolejnego malla z serii entrens. Odmawiamy stanowczo i nawet nie ruszamy się z samochodu. Atmosfera się psuje.
India Gate. Jest już ciemno, ale brama jest pieknie oświetlona, więc zbliżamy się do niej z przyjemnością. Czar pryska chwilę później: wokół bramy kłębią się grupy Hindusów, którzy usiłują nam sprzedać wszystko, co tylko możliwe, a wśród tych cudownych produktów króluje jakieś świecące na niebiesko badziewie, które wystrzela w powietrze i dryfując opada na ziemię w "przezabawny" sposób. Salwujemy się ucieczką.
Szkoda, bo Brama Indii to bardzo ładne miejsce, odpowiednik naszego Grobu Nieznanego Żołnierza, tyle, że nie uświadczysz tu choćby namiastki spokoju i zadumy charakterystyczych dla warszawskiego pomnika. Brama ma kształt olbrzymiego łuku tryumfalnego. Ppodobno na ścianach znajduje się 85 tysięcy nazwisk żołnierzy indyjskich poległych między innymi w I wojnie światowej. Niestety nie było nam dane przekonać się o tym na własne oczy.
W samochodzie czeka nas średnio miła niespodzianka: Widżej zdążył w tym czasie napić się rumu i wyraźnie jest wstawiony. Przerażeni perspektywą podróży z nim na lotnisko, usiłujemy powiedziec mu, że czujemy się, mowiac delikatnie, niekomfortowo. Nie wydaje nam sie jednak, żeby spotkało się to z jego zrozumieniem. Chwilowo nie kontynuujemy podrózy, bo Widzej wlasnie teraz i nie pozniej daje nam do przepisania swój adres, wymaga od nas podania swoich namiarów i czeka az napiszemy mu list polecajacy przypominając, że mamy go polecac wszystkim naszym znajomym. Ruszamy w koncu, ale mamy juz go tak dosyc, ze jedynie przelotnie zerkamy na budynki rzadowe (skadinad bardzo ladnie oswietlone) i kazemy sie natychmiast zawiezc na lotnisko, gdzie zegnamy go z ulga.
To ostatnie wydarzenie zaburzylo nam troche calkiem niezły wizerunek Indii i Hindusów z ostatnich dni. Na pewno z perspektywy czasu skoncentrujemy sie na dobrych momentach, ale w tej chwili czulismy tylko wielka ulge: wracamy do domu!
Autor:
Rafał
o
16:18
0
komentarze
Etykiety:
amritsar,
bikaner,
delhi,
dharamshala,
himachal pradesh,
indie,
jaipur,
jaisalmer,
jhunjhunu,
jodhpur,
mandawa,
punjab,
pushkar,
rajastan,
wyprawy do indii
16 listopada - Dharamshala / McLeod Ganj i znowu Gheori
Poranek w McLeod. Łazimy po nieobejrzanych przez nas wcześniej uliczkach. Zwiedzamy piekną, wielobarwnie zdobioną świątynię tybetańską ukrytą w środku miasta. Oczywiście kusimy sie na kolejne zakupy. A punktualnie o 12:00 stawiamy się z plecakami na głównym placu McLeod czyli na "bus stand", skąd ma nas odebrać Widzej. Spóźnia się 50 minut, rzucamy ostatnie spojrzenie na przepiękne Himalaje i ruszamy zjeżdżając w wariackim tempie po ostrych serpentynach do "domu" czyli z powrotem do wioski Widżeja. W prostej linii to tylko 50 km, ale zajmują nam one 2 godziny.
Widżej jest znowu szalenie miły. Zatrzymuje się z nami na herbatkę u swojego kolejnego szwagra, gdzie jak zwykle rodzina przypatruje nam się uważnie ale z uśmiechem i zadaje Widżejowi mnóstwo pytań na nasz temat, wśród ktorych króluje rzecz jasna pytanie czy jesteśmy małżeństwem... :)
I znowu jesteśmy w Giuri, gdzie naprawdę czujemy się, jakbyśmy wrócili do domu. Wieczorem Widżej lekko nas zestresował, bo zniknął z kolegami i na rauszu wydzwaniał do swojej żony i prosił mnie do telefonu i wyjaśniał coś. Zapytałam, czy jest pewny, że jutro ruszymy o planowanej 4 rano i czy na pewno dojedziemy cali. Zapewniał, że tak. Znużeni tymi ciągłymi niespodziankami z jego strony, zamknęliśmy się w naszym pokoju, ale nie na długo, bo zaraz weszła do niego delegacja: Rakesz (nasz ulubiony sąsiad i przewodnik do świątyni Sziwa) wraz z rodziną: panem doktorem "specjalizacji ogólnej" jak się sam określil, jego żoną i ich małą córeczką. Po prostu weszli, przywitali się, zasiedli i zapadła cisza. Potem padło między innymi słynne pytanie "Which country you belong?" :). Jako "gospodarze" zagadywaliśmy jak umieliśmy, w końcu sytuację uratowała roczna córeczka lekarza: wykonywała nieprawdopodobne ćwiczenia gimnastyczne na łóżku i strasznie płakała i wierzgała nóżkami, kiedy miała nas opuścić :). Potem dopiero nam powiedziano, że podobno nasi goście dowiedzieli się, iż u Widżeja są jacyś Europejczycy, którzy pracują w banku i koniecznie chcieli nas poznać :).
Cenna rzecz: nauczyłam się przyrządzać moją ulubioną pakorę, czyli warzywka w cieście smażone na głębokim oleju. Przepis jest prosty: ciasto z mąki i wody zmieszane z pokrojonymi warzywami (kalafior, gotowane ziemniaki, sałata lub szpinak?, pomidor, cebula) oraz z mieszanką ugniecionych przypraw (massala, dahl, dżira, chili, sól). Na rozgrzany olej wrzuca się potem kulkę wykonaną z tej całej mieszanki i powstają takie a'la racuchy. Przecudowne.
Widżej pojawił się po jakimś czasie i uspokoił nas, że jemu wystarczy godzina snu i jest "fresh", a na koniec udobruchał nas wspólnym, rodzinnym posiłkiem w kuchni.
Autor:
Rafał
o
16:18
0
komentarze
15 listopada - Dharamshala / McLeod Ganj
Wstajemy i wszystko jest cudowne: wschód słońca wynużającego się znad himalajskich szczytów, widok z naszego okna na ulicę, gdzie można fantastycznie obserwować ludzi oraz małpy, których jest tu bardzo dużo. Są bardzo sprytne, wskakują na hotelowe tarasy - wyobrażam sobie, jakie musi być zdziwienie turysty, któremu taka małpka wejdzie nagle do pokoju :). Na wszelki wypadek zamykamy okna i ruszamy na podbój McLeod Ganj.
Nasz cel to Tsuglagkhang Complex czyli zespół świątyń znajdujących się nieopodal oficjalnej rezydencji XIV Dalajlamy (skromnego budynku pilnowanego przez hinduskich policjantów).
W kaplicy centralnej znajduje się wielki posąg Buddy, wszędzie można spotkać medytujących mnichów. Panuje tu nastrój skupienia, ale czuje się też coś szalenie pozytywnego, jak zresztą praktycznie w całym mieście. Do niedawna była możliwość odbycia audiencji u Dalajlamy - teraz z powodów zdrowotnych, nie przyjmuje on już tak wielu gości i na audiencję czeka się całymi tygodniami - jak głosi oficjalny komunikat wywieszony przy wejściu do budynku.
Odwiedzamy małe, ale bardzo sugestywne w przekazie Tibetan Museum. W prosty sposób (głównie zdjęcia i komentarze do nich, ale także film dokumentalny) ukazuje przerażającą historię inwazji chińskiej na Tybet w 1949 roku i jej konsekwencje: ponad milion ofiar, represje wobec każdego, kto odważył się przejść przez ulicę Lhasy z flagą Tybetu czy ze zdjęciem Dalajlamy, masowe uchodzenie Tybetańczyków do Nepalu i Indi... Wizyta w tym miejscu porusza i zmusza do odrobiny refleksji. Zachęca też do zainteresowania się tematem głębiej.
Rzucamy się w wir zakupów - dopiero tu możemy sobie na nie spokojnie pozwolić bez obawy, że za chwilę obstąpi nas grupa sprzedawców wszelakich dóbr albo że jak już raz wejdziemy do sklepu, trudno nam będzie z niego wyjść. Wszyscy są tu spokojniejsi. Wiele sklepów jest prowadzonych przez uchodźców z Tybetu. Sprzedają biżuterię, instrumenty muzyczne (w tym meditation ball zwaną też singing ball, czyli żelazną misę, którą należy powoli w niezmienionym tempie pocierac dookoła krawędzi za pomocą drewnianej pałeczki pokrytej z jednej strony materiałem i wydaje przenikliwy wysoki niepokojący dźwięk).
Zwraca naszą uwagę nie tylko zupełnie inne zachowanie sprzedawców (w tym także Hindusów), ale również ich dobra znajomość angielskiego, niespotykana nigdzie indziej przez nas w Indiach. Pytamy przesympatycznego, młodego Hindusa, jednego ze sprzedawców, w czym tkwi sekret. Dumnie odpowiedział, że to dlatego, że tutaj wszyscy są z Kaszmiru:). Oczywiście on także reprezentował ten region. Zostaliśmy u niego chyba z godzinkę, w trakcie której zdołał nas (przynajmniej mnie) całkowicie zafascynować pięknem kaszmirskiej ziemi, rejonem, który według niego niegdyś był, ale obecnie nie jest niebezpieczny dla turystów. Na co dzień chłopak jest przewodnikiem, prowadzi trekkingi górskie i wodne w swoim regionie. Pokazywał nam nawet album ze zdjęciami z takich wypraw. Porwał mnie całkowicie swoją opowieścią, wzięłam od niego wizytówkę i po raz pierwszy pomyślałam, że mam tu po co wrócić!
Mieliśmy też czas na różnorodne doświadczenia kulinarne. Po wczorajszej kuchni włoskiej, dziś przyszedł czas na bliższą kulturowo i geograficznie chińszczyznę. Polecamy w tym względzie restaurację McLlo przy bus standzie, ulubione miejsce turystów oraz jak głosi afisz na ścianie miejsce wybrane także przez Pierce'a Brosnan'a. Można tu także skorzystać z promocji: "Kup 2 piwa Okocim Palone a otrzymasz trzecie gratis!" :). Czyżby europejski chmiel nie schodził tu aż tak dobrze? :).
Być może jestem profanką, ale chińszczyzna smakuje mi bardziej w Polsce, chociaż tej tutaj też niczego nie brakowało.
Mieliśmy z resztą mały dylemat moralny - jeść chińszczyznę czy nie? W mieście będącym azylem dla wielu Tybetańczyków i samego Dalajlamy tablice na ulicach nawołują do bojkotowania produktów chińskich. Doszliśmy jednak do wniosku, że konsumując owoce chińskiej kultury kulinarnej, nie wspieramy rządu ChRL, tak jakbyśmy to czynili kupując chiński mp3 player. Nie do końca jednak mam pewność, czy słusznie rozumuję, czy taki tok myślenia towarzyszy także twórcom tego przesłania. Nasuwa się przy okazji dodatkowa refleksja: jak, nawet przy szczerych chęciach, zbojkotować chińskie produkty przy ich obecnym zalewie na wielu rynkach, o czym nawet do końca nie wiemy?
Wieczorem w tej samej restauracji (wbrew pozorom w McLeod wieczorową porą jest niewielki wybór miejsc "jadalnych") wypróbowaliśmy kuchnię tybetańską. Pierożki momo z warzywami absolutnie polecamy.
Odwiedziliśmy także mało uczęszczaną (a szkoda) Jungle Hut, pięknie usytuowaną knajpkę w klimacie afrykańskim, skąd można podziwiać zachód słońca, miasto i panoramę himalajską. Chata znajduje się około 10 minut od centrum, na drodze do Baghsu. Właśnie odległość od centrum nie zachęca turystów do odwiedzania chatki, a naprawdę warto.
Przyjemność sprawiła nam także wizyta w Korean Caffee "Ri :]" (Ri:] oznacza góra), malutkiej, domowej knajpeczce, gdzie do dyspozycji gości jest wiele książek w języku gospodarzy, ale także liczne edycje LonelyPlanet, nie tylko po Indiach.
Dzień był fantastyczny. Prawie zapomnieliśmy już nawet o porannym wydarzeniu, kiedy to znów daliśmy się złapać na hinduskiego tricka. Młoda żebraczka z dzieckiem poprosiła nas o wsparcie, ale nie w postaci pieniędzy, lecz jedzenia dla dziecka. Zaprowadziła nas do sklepu, gdzie zażyczyła sobie towarów za 850 rupii. Już czuliśmy, że to podstęp, ale nie umieliśmy tak po prostu wyjść (Cialdini, specjalista od technik wywierania wpływu na ludzi, byłby dumny z żebraczki), więc zaczęlismy odkladac kolejne towary, mówiąc, ze mozemy jej kupić tylko jedną rzecz. I tym sposobem wydalismy 180 rupii na głupie platki Nestle. Zebraczka zyje zapewne za taka kwote przez tydzien, platki za chwile po prostu wrociły do sklepu na polke, a ona dostała pewnie 10 rupii od sklepu za udana akcje. Aż mam wątpliwości, czy powinniśmy się przyznawać do tego aktu naiwności z naszej strony:).
(Monika)
Autor:
Rafał
o
16:18
0
komentarze
14 listopada - Amritsar i droga do Dharamshala / McLeod Ganj
Amritsar. Rano pełna dyscyplina: pobudka o 7:00, śniadanie 0 7:30, a o 8:00 wycieczka rikszą rowerową w pobliże Golden Temple, do Jallianwala Bagh, małego parku upamiętniającego rzeź autorstwa Brytyjczyków na ponad 2000 hindusów i muzułmanów w 1919 roku. Spokojne, wyciszone miejsce, przynajmniej o tej godzinie.
W drodze powrotnej do hotelu powtarza się numer z pierwszego dnia w Delhi: riksiarz trochę błądzi, postanawiamy mu zapłacić więcej niż ustalone 20 rupii, co oczywiście się spotyka z żądaniem jeszcze większej sumy. Odchodzimy bez słowa.
Widżej twierdzi, że błądzenie riksiarzy jest często zabiegiem celowym mającym się zakończyć wyciągnięciem ręki po więcej kasy.
Ruszamy w kierunku Dharamshala / McLeod Ganj. Podróż zajmuje nam okolo 3-4 godzin. Przejeżdżamy między innymi przez Pathankot Military Station, gdzie mijamy z boku rzecz jasna, przejście graniczne z Pakistanem. Jest też przygoda. Z powodu jakiejś usterki, nie można przejechać przez most, jedyną alternatywą jest przebycie niemal wpław wyschniętej w większości (ale jednak nie całkiem) rzeki z kamienistym dnem. Nasz wysłużony Ambasador, nie bez obaw Widżeja, staje się na te kilkanaście emocjonujących minut amfibią:). Mieliśmy szczęscie, 2 miesiące wcześniej w porze monsunowej, nie uszło by to nam na sucho :).
Ostatni etap podróży to kręte i wąskie serpentyny, nasz cel znajduje się przecież na wysokości 1770 m n.p.m.
Robi się coraz chłodniej i coraz piękniej. Cudowne szczyty Himalajów nad nami i budzące grozę przepaście pod nami - a to wszysto w świetle zachodzącego słońca. Cieszymy się coraz bardziej, choć robi nam (mi) się też coraz bardziej niedobrze, jazda po serpentynach w tempie Widżeja mi nie służy.
Dojeżdżamy do McLeod i znajdujemy się nagle w innym świecie. Małe miasteczko górskie, pełne Tybetańczyków (od razu można ich odróżnić po bardziej "azjatyckich" rysach), wszystkie wąskie ulice prowadzą tylko ostro w górę lub w dół, wąskie zaułki, wszystko jest jakby pomniejszone, zwężone, a w tle Himalaje, jest jakieś 15 stopni w skali Celsjusza. Mnóstwo ludzi, białych turystów (nie widać dużych grup, sami indywidualni), jest jakby czyściej, spokojniej, jakiś inny kraj to chyba?
Lądujemy w wybranym przez siebie India Hotel, gdzie płacimy 650 rupii za pokój. Cena wywieszona w eleganckim holu wynosi 1300 rupii ale natychmiast na nasze "ojej" otrzymujemy 50% rabatu :). A hotel i pokój są najlepszymi z tych, które widzieliśmy przez całe 3 tygodnie pobytu w Indiach: czysty, jasny, uroczy z wielkimi oknami w wąskim korytarzu, w pokoju czysto, drewniane (!) ściany, wielkie okna (!) z widokiem na Himalaje (!) i ciepłe, boczne oświetlenie (!), łazienka piękna i czysta z ciepłą wodą (!). Nie możemy w to wszystko uwierzyć:). Mamy tu spędzić 2 dni, ma to być nasz odpoczynek od trudów pustynnych i zaczadziałych od smogu Indii. I wygląda na to, że tak się własnie stanie.
Wieczorem w polarach i długich spodniach użytych po raz pierwszy od wyjścia z samolotu w dniu przylotu, ruszamy na miasto. Szał zakupów (po raz pierwszy święty spokój, nikt nie nagabuje), kolacja w restauracji włoskiej (Kokonor naprzeciwko naszego hotelu) i przyjemna rozmowa z tubylcem. Jest cudownie.
Na tablicy ogłoszeń czytamy, że w McLeod dużo się dzieje, mnóstwo knajpek zaprasza na djembe sessions, naukę śpiewu, koncerty muzyki hinduskiej i tybetańskiej. Powtarzam: jest cudownie.
(Monika)
Autor:
Rafał
o
16:17
2
komentarze
13 listopada - Amritsar
Rano żegnani przez całą resztę rodziny ruszamy do "domu" czyli do Giauri, do wioski Widżeja. Przed wyjazdem pani domu czyli matka Anity wręcza mi taki sam pakiecik, jaki hindusi wręczają sobie na święto sióstr i braci - połówkę kokosa, ozdobną chusteczkę, kilka bransoletek, naklejane na czoło łezki i 10 rupii. Urocze.
Z Giauri ruszamy do miasta Amritsar. Oprócz Widżeja, jedzie z nami także Anita. Około 2-3 godzin jazdy. Amritsar jest dużym, zatłoczonym i zakurzonym miastem. Mało urokliwe ale kryje w sobie cenną Golden Temple, którą mamy odwiedzić jeszcze dziś wieczorem - podobno o tej porze jest cudownie oświetlona i o wiele bardziej atrakcyjna niż za dnia.
Jak informuje przewodnik.onet.pl, "Amritsar jest głównym miastem regionu Pendżab i najważniejszym ośrodkiem kultu religijnego sikhów. Nazwa miasta oznacza 'staw wypełniony nektarem'
Znalezienie hotelu, w którym będzie nam miło (trochę się rozpuściliśmy w Rajastanie, gdzie hotele mają charakter pałaców Maharadżów), nie jest proste. Decydujemy się na hotel Gopal Ji (nowy, nie ma go nawet w Lonely). Średni, ale w naszym budżecie. Nie ma restauracji, ani żadnego innego miejsca, które pozwoli uniknąć spędzenia wieczoru w pokoju, decydujemy się więc na ten hotel pod warunkiem, że obsługa zorganizuje nam na dachu prywatną restaurację. Tak też się stało :).
Wieczorem rikszą rowerową ruszamy w kierunku Golden Temple. Widżej i Anita towarzyszą nam na początku, wprowadzają do świątyni, chwilę zostają, potem nas opuszczają. Przed wejściem do świątyni trzeba zdjąć obuwie i zakryć głowę (także mężczyźni).
Świątynia jest piękna, ma niesamowity klimat. Oświetlona jeszcze świątecznie (po Divali), z samej świątyni usytuowanej na środku jeziorka (choć bardziej przypomina ono sztuczny akwen o kwadratowej "linii brzegowej") rozlegają się tradycyjne pieśni religijne.
Jezioro otoczone jest z czterech stron krużgankami, wszystko wykonane jest z białego marmuru. Mnóstwo ludzi, ogromna ilość Sikhów (można ich poznać po charakterystycznych turbanach na głowach, chroniących ich podobno bardzo długie i nieścinane od lat włosy), niewielu białych turystów. Ciekawe, często nachalne spojrzenia mężczyzn krępują, dobrze, że mam zakrytą głowę, długą spódnicę i zakryte ramiona.
Sanktuarium na jeziorze jest niewielkie, a przez to kameralne i urocze. Budynek jest dwupoziomowy, ściany ozdobione dekoracjami w stylu pietra dura (tak jak w Taj Mahal). W środku ludzie, w tym biali, siedzą pod ścianami i w niszach okiennych, zatopieni w medytacji lub w lekturze.
Wracamy rikszą, riksiarz błądzi, pod hotelem dajemy mu 2 razy tyle, niż się umówiliśmy, a mimo to riksiarz wyciąga rękę po więcej. Ech..
"Prywatna restauracja" to strzał w dziesiątkę. Na dachu, gdzie nie ma nic oprócz wielkich wentylatorów i przerażonego gekona, ustawiono dla nas mały stoliczek i 2 krzesła, zaserwowano nam tosty i napoje a my do tego dołożyliśmy resztkę warszawskiej wódki (ostrożności nigdy za wiele:) oraz warszawskie świeczki. I było gites :).
Autor:
Rafał
o
16:16
0
komentarze
12 listopada - w domu u rodziców Anity
Rano po śniadanku ruszamy nad rzekę i zamierzamy tam spędzić cały dzień. Towarzyszy nam bęben, przewodnik Lonely Planet i oczywiście nieodłączny Paven. Rozkładamy się na głazie, w malowniczym otoczeniu i relaksujemy się na słońcu. Jestem nadal w moim hinduskim stroju i czuję się z tym dobrze :).
Po jakimś czasie bez słowa dosiadają się do nas dwaj miejscowi uczniowie wracający ze szkoły (jakoś tak w wieku 16 lat), przyglądają nam się bez skrępowania i bez cienia uśmiechu, pokazują nam w milczeniu książkę do angielskiego, po czym po jakichś 20 minutach oddalają się :). Potem na skale wyżej zasiada trzech mieszkańców wioski i patrzy także. Oddalają się również. Poza tym nikt i nic nie zakłóca nam spokoju. Nawet to, że Paven rozbiera się do naga i kąpie się w rzece, a potem chowa się za głazem i udaje, że go nie ma.
Po południu ruszamy na wycieczkę do sąsiedniej wioski, gdzie ojciec rodziny ma trzy sklepy z różnościami. Dokonujemy tam uroczystych zakupów, zaglądamy też do innych sklepików. Zakupy w małej wiosce, gdzie turyści przybywają w śladowych ilościach, albo i wcale, są wielką przyjemnością. Pomijając, że podane nam ceny były zgodne z tymi wydrukowanymi na opakowaniach, nie wykształciła się tu profesja naciągacza, tak popularna w Rajastanie. Było po prostu miło i zwyczajnie.
Wieczór zapowiadał się hucznym i taki był. 6-letnia bratanica Anity miała tego dnia urodziny.
Ze względu na nas, Widżej zaprosił całą dalszą i bliższą rodzinę oraz pół wioski. Był tort, balony, tradycjne śpiewy kobiet (w ramach rewanżu odśpiewaliśmy także kika piosenek polskich), tańce (także przy muzyce mechanicznej). Wielki aplauz wywołał nasz taniec (klasyczny dyskotekowy melanż w parze z obrotami :). Gospodarz raz po raz do nas podchodził i pytał, czy teraz mają być śpiewy czy tańce, czy podoba nam się jego rodzina i czy przyjedziemy tu, żeby wziąć tu ślub i mieć wesele :). Traktowano nas jak gości honorowych, aż w końcu zorientowalismy sie, ze wszyscy czekają az nam sie zachce spac, bo sami juz byli zmeczeni. Szybko wiec podziekowalismy i odprowadzani licznymi podziekowaniami i pozdrowieniami udalismy sie do naszego pokoju... Wszak byla juz godzina 23:00, o tej porze juz zazwyczaj tu śpimy :).
Autor:
Rafał
o
16:16
0
komentarze
11 listopada - Gheori i w domu u rodziców Anity
Rano udajemy się w odwiedziny do naszych ulubionych sąsiadów - Rakesza i jego całej rodziny. Jest święto braci i sióstr, więc poddani jesteśmy typowym dla tego święta rytuałom: siostra Rakesza Nealam ozdabia nasze czoła rytualną kropką z czerwonego proszku (dostaliśmy pokaźny jego zapasik do domu) oraz częstuje nas jakimś słodkim, hinduskim ciastkiem. My czynimy potem to samo. Wczoraj będąc z wizytą u siostry Widzeja, nie zaobserwowaliśmy takiego rytuału, byliśmy natomiast świadkami, jak zastanawiał się na boku z zona, czy dać 400 czy 500 rupii?
Atmosfera "u Rakeszów" jest fantastyczna, pełna ciepła. Przyglądamy się życiu tych ludzi, koncentrującym się na niewielkim dziedzińcu otoczonym betonowym murem: patrzymy jak Nealam myje ze szwagierką jej małego synka. Nealam w dowód swojej serdeczności wykonuje na mojej dłoni i ręce prawie do łokcia piękną aplikację z henny, którą muszę trzymać 2 godziny. Nakładanie henny trwa jakąś godzinę, może więcej, "mehendi" wywołuje duże zainteresowanie wśród kolejno napotkanych kobiet. Dopiero w Warszawie będzie mi dane dowiedzieć się, dlaczego. Ręczne nakładanie "mehendi" to rzadkość zarezerwowana na wielkie okazje, na przykład na wesele! Normalnie w sprzedaży dostępne są szablony, które klei się do wnętrza dłoni, a potem pokrywa pastą przygotowaną z torebki.
Żegnamy się z żalem, bo przypuszczamy, że już ich nigdy nie zobaczymy. Wyjeżdżamy bowiem za chwilę z Widżejem, Anitą i dzieciakami do rodziców Anity a potem ruszamy w dalszą drogę. Przed wyjazdem uczestniczymy w tym samym rytuale (święto braci i sióstr) w domu Widżeja. Przyjechały bowiem jego dwie pozostałe siostry.
Przed wyjazdem Widżej i Anita proszą mnie, abym do rodziców Anity pojechała w tym samym salvar kamee pożyczonym mi przez nią na wesele. Wyczułam, że będzie to wyraz szacunku wobec jej rodziców i że chyba nie podobają im się moje kreacje typu bluza polarowa i czerwone sportowe spodenki :).
Rodzice Anity mieszkają w wiosce oddalonej o niecałą godzinę jazdy. Po drodze zatrzymujemy się w malowniczej okolicy na piknik i raczymy się wszyscy najwspanialszą chyba potrawą, jaką zdarzyło nam się skosztować w Indiach: pikantną, smażoną rybą, kupioną po drodze, zawiniętą rzecz jasna w gazetę :).
Rodzina Anity wita nas jak wszyscy ostatnio: z wielkim szacunkiem i zainteresowaniem. Kobiety jak zawsze siedzą na plecionym łóżku, mężczyźni i ja - na krzesłach. Staram się jak mogę wymigiwać się od takich przywilejów, skądinąd objawów szacunku, kontrastujących z prawami innych kobiet i kiedy tylko mogę, siadam z innymi kobietami na "plecionce", mówiąc, że mi tu wygodniej.
Z honorami wita nas także pan domu - ojciec Anity, starszy, chudy i zywotny pan z włosami ufarbowanymi na rudo... Widzieliśmy juz takie fryzury u męzczyzn w Rajastanie, sądziliśmy, ze to taka "wielkomiejska ekstrawagancja". Widzej nam później wyjaśnił, ze to po prostu zabieg mający na celu pokrycie siwizny. Ale czemu właśnie na rudo? Tego się juz nie dowiedzieliśmy... :). Ojciec rodziny, w porównaniu z resztą domowników (a było tam z 8 osób) nieźle mówi po angielsku i trochę porozmawialiśmy o róznicach między Polską a Indiami. Temat rzeka ... :).
Generalnie w tych wszystkich wioskach, domach, które odwiedziliśmy, rzadko spotykamy kogoś, z kim mozna się porozumieć w języku angielskim. Najczęściej Widzej jest naszym tłumaczem, Anita czasem pomoze, ale ona tez zna tylko kilka podstawowych słów. Okazuje się jednak, ze zawsze mozna się porozumieć i to przy uzyciu najrózniejszych metod....
Udajemy się nad rzekę. Towarzyszy nam Paven - brat Anity z zespołem Downa. Z nim tez trudno się z porozumieć (nie rozmawia nawet z własną rodziną, jedynie siedzi i potakuje albo i nie), a jednak znajdujemy jakoś wspólny język. Bezbłędnie prowadzi nas do najpiękniejszych miejsc nad rzeką i pokazuje "atrakcje" - a to dziurę w ziemi, a to listek na drzewie, a to kawałek papieru porzucony na trawie... Rzeka jest obecnie w dużej mierze wyschnięta, jest jednak piękna. Płynie w czymś w rodzaju kanionu, wąwozu, dookola mnóstwo szarych, bardzo miękkich skał, trochę roślinności.
Wracamy po ciemku i kładziemy się spać. W tej części naszego wyjazdu kładziemy się spać o wiele wcześniej niż zwykle - już około 21.00 - 22.00. Przyjęliśmy jakiś inny rytm - może to efekt codziennych nowych doznań, a może odkryliśmy niechcący prawdziwy rytm naszego zegara biologicznego...?
Autor:
Rafał
o
16:15
0
komentarze
10 listopada - Gheori
Rano po sniadanku przychodza goscie, a wszyscy chyba glownie po to, aby nas zobaczyc. Niezliczona dzieciarnia, dwoch staruszkow, energiczna sasiadka w sile wieku. Padaja standardowe pytania: co robimy w Polsce, czy podoba nam sie w Indiach oraz najwazniejsze - czy jestesmy malzenstwem? Wielkie zdziwienie wywołuje takze fakt, ze ja, czyli kobieta, palę i piję alkohol! Przeciez to szkodzi! Nie mozna im odmówić racji :)
Tego dnia w wiosce wielkie wydarzenie: wesele jednego z mieszkańców. A właściwie jedna jego część, bo weselicho w Indiach trwa trzy dni, jest podzielone na rozne etapy, które odbywają się w roznych miejscach (częściowo w wiosce pana młodego, częściowo u panny młodej). A spotykają się zdaje się, ze dopiero trzeciego dnia.
O określonej godzinie całe rodziny z wioski udały się do domu, gdzie przyjmował pan młody. Najpierw goście wręczali podarki, potem wszyscy udaliśmy się na poczęstunek. Choć pod jednym zadaszeniem, kobiety siedziały w rzędach oddzielnie, mężczyźni oddzielnie. Siedzi się na ziemi. Serwis w wykonaniu rodziny i przyjaciół pana młodego jak mniemam. Najpierw przed każdym
ustawiono talerz z zasuszonych liści kapustopodobnych (podobno to liście banana, ale jakoś nie wyglądały na bananowca). Potem metalowe kubki. Potem hurtem każdemu nasypano z wielkiej misy (ręką) porcję ryżu. Można było zażyczyć sobie mniej lub więcej. Potem hurtem dodatki: dahl, warzywka, sosiki. Wegetariańsko oczywiście. Na koniec woda do kubka (do mycia rąk). Sztućców nie było. Nawet jeśli ktoś przez cały pobyt w Indiach wzbraniał się przed jedzeniem ręką, teraz nie miał wyjścia:). Je się oczywiście prawą ręką, lewa jest przeznaczona do czynności brudnych i, nazwijmy to, uwłaczających (w Indiach nie używa się papieru toaletowego, tylko wody i lewej ręki). Po posiłku chętni (czyli prawie wszyscy oprócz nas) otrzymują drugi talerz kapuściany i dokładkę do domu. Całość trwa godzinę.
Pojawienie się białych gości wzbudziło niezmiennie spore zainteresowanie. Wynajęty kamerzysta długo filmował nas zamiast pana młodego i gości :). Ogólnie było to dla nas jedno z ciekawszych doświadczeń.
Na dodatek Anita ubrała mnie w swój strój, żebym się nie wyróżniała wśród hinduskich kobiet. Było to bardzo miłe.
Uwaga do stroju: nieprawdą jest, że tradycyjnym codziennym strojem hinduskiej kobiety jest sari, jak dotychczas sądziłam. Kobiety noszą tu trzyczęściowy strój składający się z szerokich, zwężających się na łydkach spodni, długiej tuniki i szerokiego szla nakładanego także na głowę. Czytałam, że się to nazywa salvar kamee, ale kiedy pytałam naszego Widzeja o nazwę, mówił "This is a suit" :).
Po weselu udaliśmy się z Widżejem, Anitą i ich synkami w odwiedziny do jednej z jego sióstr na święto braci i sióstr. Polega ono na tym, że brat obdarowuje swoje siostry rytualnym pakiecikiem (połówka kokosa, bransolety) oraz wręcza im pieniądze "na nowy strój" - około 500 rupii jak mówił. W drodze powrotnej jechaliśmy w wariackim tempie przez totalnie ciemne, kręte drogi i śpiewaliśmy hinduskie piosenki, których usiłował nas nauczyć starszy syn Widżeja - Aman :)
(Monika)
Autor:
Rafał
o
16:15
0
komentarze
9 listopada - Święto Divali - Gheori
Divali. Swieto tak wazne dla Hindusow jak nasza gwiazdka. Swieto swiatla. W ciagu dnia jednak nie czuje sie swiatecznej atmosfery (a moze my nie wyczuwamy subtelnosci zwiazanych z przygotowaniami do wieczornej celebracji).
Pobudke mielismy pare minut po 6 rano - dziadek czyli ojciec Widzeja, osoba bardzo religijna (mozna chyba powiedziec ortodoksyjna) wlacza na caly regulator przesterowane radio i leca hinduskie utwory, podobno religijne, ale brzmia jak bollywood soundtrack. Muzyka ryczy tak glosno, ze nie pomagaja stopery w uszach, nic nie pomaga. Po okolo 40 min muzyka na chwile ustaje, fader odprawia wlasne modly (spiewa i gra na tamburynie, ale to jest akurat mile dla ucha), po modlitwie na nowo ryczy muzyka a potem ustaje i z drugiej strony zaczyna bardzo glosno grac telewizor ale takze przesterowany. Rafal jakos sobie radzi, ja jestem zrozpaczona, o dziwo jednak zasypiam, ale nie na dlugo, bo okolo 7.30 budzi nas energiczne stukanie i krzyki 2 synkow widzeja "excuse me!!! excuse me !!!". Otwieramy, dzieci przyniosly herbatke! Trudno sie gniewac, choc mielismy nadzieje, ze pospimy sobie do 9. Ten rytual (muzyka, modlitwa, muzyka, telewizor, herbatka) powtarzaja sie codziennie rano. Wieczorem to samo tyle ze bez herbatki...
Pytamy Widzeja co dzis robimy. Trudno nam sie porozumiec. Nie bardzo się nami przejmuje, więc ruszamy samodzielnie na spacer po wsi, lekko spieci i w poczuciu ograniczenia. Chce nam sie pic, ale w napotkanych sklepiczynach nie ma nic do picia. Irytuja nas spojrzenia ludzi, ktorzy przystaja w grupkach i sie dziwuja. Dzieci wybiegaja z podworek, niektore za nami przez chwile biegna. Zamiast sie radowac folklorem sytuacji, mamy ochote zamknac sie w jakims hotelu pelnym bialasow i nie patrzec i nie byc wiecznie ogladanym. Czujemy, ze chyba jednak nie polubimy tego kraju. Coz za urocze wakacje!
A potem nagle cos sie zmienia.
Wracamy i na placyku niedaleko domu spotykamy widzeja, jak zwykle na pogaduszkach z kumplami. Prowadzi nas do domu swojego przyjaciela, a właściwie przyjaciela niezyjącego pradziadka Wijaya. Jesteśmy poczęstowani herbatką (kobiety pracuja, starszy pan siedzi na polowce drewnianej), atmosfera sielska, nikt nie patrzy na nas lapczywie, nikt o nic nie pyta, ptaszki spiewaja, totalnie sie relaksujemy.
Kupujemy torebke roznych cukierkow i zadowoleni ruszamy na spacer po innej czesci wioski. Zaczepiaja nas starsze kobiety i usmiechaja sie przyjaznie, cos mowia glosno i energicznie, nie rozumiemy sie, ale jest milo. Przejmuje nas mloda przesympatyczna dziewczyna mowiaca troche po angielsku i zaprasza do siebie na herbatke. Obsiada nas cala rodzinka. Dziewczyna ma na imię Neelam i okazuje sie, ze jest siostrą Rakesha, który na prośbę naszego Widżeja zaprowadzi nas dzisiaj do lokalnej świątyni Sziwy. Jest przeuroczo. Zapraszaja nas na wieczor na obiad Divali.
Ruszamy po kolejne cukierki, idzie za nami procesja dzieci, mlody chlopak zaprasza do siebie tak dlugo (beautiful flowers! - przekonuje) az dajemy sie namowic odprowadzani przez powiekszajaca sie procesje dzieciakow. Rafal rozdaje im cukierki. Dom chlopaka wyglada lepiej niz te, które oglądaliśmy dotychczas. Ponownie cała rodzina zasiada z nami i pomimo, że trudno nam się porozumieć (nawet nasz nowy kolega praktycznie nie mówi po angielsku), znów jest miło. Otrzymujemy kolejne zaproszenie na Divali.
Ruszamy z Rakeshem i naszym nowym kolegą do świątyni. Wędrówka zajmuje nam jakieś pół godziny, idziemy przez wąwozy i łąki. Świątynia jest niewielka, ale ważna dla lokalnych wiernych. Zostawiamy tam Rakesha, który przyszedł tu, aby posprzątać świątynię na Divali (okazuje się, że o miejsce to dbają tylko i wyłącznie mieszkańcy wioski) i z nowym kolegą udajemy się dalej nad wielkie jezioro. Jest teraz wyschnięte, widać gdzieniegdzie resztki wody, służy teraz jako pastwisko dla mułów. Po drodze mamy okazję skosztować owocu opuncji, śmieszne doświadczenie :).
Wieczór Divali! Jest to święto zwiastujące nadejście nowego roku. Święto światła, które zwycięża nad ciemnością, jak dobro nad złem. Anita z teściową i dzieciakami przygotowuje dom do święta. W jednym z pokoji przygtowuje coś w rodzaju ołtarzyka na ziemi, gdzie kładzie artykuły spożywcze oraz mnóstwo lampek oliwnych z wypalanej gliny. Od ołtarzyka prowadzi na zewnątrz na podwórko namalowana białą farbą "ścieżka" ozdobiona licznymi ornamentami i zawijasami. Na jej końcu, już na podwórku namalowana została, nazwijmy to, baza, gdzie odbyło się coś, co najbardziej kojarzyło nam się z poświęceniem owego pokarmu, gdy został już zabrany z ołtarzyka. Zostaliśmy poproszeni o wzięcie udziału w obrzędach. Kilkukrotnie okrążaliśmy "bazę", przy każdym okrążeniu dotykając ziemi przy pokarmie.
Potem się zaczęła kanonada fajerwerków. Szał i obłęd, częstotliwość jak u nas w Sylwestra, tyle, że nasze sylwestrowe fajerwerki to wielkie sztuczne ognie, tutaj był to dużo "delikatniejszy sprzęt", ale budził takie same emocje zwłaszcza u dzieciaków.
Dzień zakończył się kolacją w kuchni. Jest to jedyne miejsce do spożywania posiłków. Siedzi się (lub kuca) na ziemi przy palenisku i konsumuje. Jest ciepło, przytulnie i rodzinnie, a że obrazek rodem ze wsi polskiej z XIX wieku? To tylko dodawało uroku temu wieczorowi...
(Monika)
Autor:
Rafał
o
16:14
0
komentarze
8 listopada - Gheori czyli u stóp Himalajów
Nocna podróż trwala okolo 10h, rano stwierdzamy, że jest o wiele zimniej, ale też bardzo zielono, troche jak w Polsce, niektóre krajobrazy kojarzą nam się z Afryką (w którj nigdy nie byliśmy:).
Jestesmy na północy Indii, u podnóża Himalajow, w stanie Himachal Pradesh, na pograniczu stanu Punjab. Widżej mówi zawsze o sobie "I'm Punjabee" ale mapa nie kłamie, jesteśmy
raczej w Himachal. Większe miasteczka w pobliżu to Dehra i Kangra.
Jedziemy po uroczych, wąziutkich drogach z bardzo krętymi i niebezpiecznymi serpentynami. Kierowcy bez przerwy trąbią, ale tym razem jest to uzasadnione - klakson stanowi jedyne ostrzezenie dla samochodu jadącego z naprzeciwka i będącego za zakrętem.
Wioska Widzeja to Gheori (dla ułatwienia Giuri). Żona Widżeja, Anita, wita nas kwiatkami, potem herbatą i ciasteczkami. Długo czekamy na śniadanie i wcale nie jestesmy pewni, czy je dostaniemy, a jestesmy na "garnuszku" Widżeja :). Uczymy się, że w Indiach nikt za bardzo nie przywiązuje uwagi do godzin, nikt się nie śpieszy, ruchy są powolne, jedynie dzieci szaleją i
biegają, jak wszędzie na całym świecie.
W koncu dostajemy śniadanko i zaczyna sie nowa era żywieniowa w historii naszej podróży: 2 lub 3 razy dziennie chapati i warzywka w różnej postaci. Czasem jest to dahl - zupa czy może raczej gęsty sos z soczewicy, czasem gotowany kalafior i ziemniaki w żółtawym sosiku, czasem pakora czyli przepyszne racuchy z warzywami. Chapati jest cienkim chlebem z mąki pszenicznej. Kilka razy podano nam jednak też chleb z mąki kukurydzianej, bardziej żółty, gruby i gumowaty. Chleb kukurydziany jest postrzegany jako gorszej jakości i gospodarze długo się wstrzymywali, zanim nam je zaproponowali. Nam smakował, choć faktycznie chapati jest lepsze. Ryż jest rzadkoscią, podawano nam go na specjalne okazje np. na Divali albo w czasie wesela. Widzej twierdzi, że u nich jada się mało ryżu, bo za nim nie przepadają. Rzeczywiście wyczytałam, że ryż jest mniej popularny na północy niż na południu.
Dzien zaczyna się od herbaty, do posiłku podaje się lokalną wodę gruntową (staramy się wierzyć, ze nam nie zaszkodzi). Gospodarze są zdziwieni, kiedy prosimy o herbatę do posiłku i tylko raz udało nam się zsynchronizować te dwa elementy (zawsze czekają, aż skończymy herbatę i dopiero podają posiłek lub odwrotnie - posiłek skończony, można podać herbatę:).
Kawa z kofeiną to dalekie wspomnienie z Polski, tu się pije tylko kawę zbożową, więc nawet o nią nie prosimy:).
Pierwszy dzień "we wiosce" głównie przesypiamy po podróży, wieczorem pytamy Widżeja o możliwość nabycia jakichś artykułów rozrywkowych typu piwo, ale także zwyły sok. Widzej troche się zmienił. Nie jest już kierowcą i opiekunem nam dedykowanym. Teraz jesteśmy u niego w domu i mamy wrażenie, że nie bardzo mu się chce nami się opiekować. Trudno jest się też porozumieć, raz mówi, że możemy pójść na piechotkę do sklepiku obok i że mozemy się czuć bezpiecznie, potem jednak mówi, że może jednak pojedziemy samochodem.
W koncu robimy bezsensowna wycieczke autem, w trakcie której się okazuje, że w okolicy nie można kupic wody, coli, o napojach typu pomaranczowy nawet nie wspomne. Zakup alkoholu też początkowo był niemożliwy. Kupujemy w końcu w malo przyjaznym nam miejscu piwo i napoje, a Widzej przy okazji wychyla z kolegami 2 szybkie szklaneczki rumu. Mieszkancy wioski pogrupowani w poszczegolnych sklepikach są dla nas malo sympatyczni i czujemy sie niekomfortowo. Na dodatek naszego gospodarza wyraznie nosi i chce sie napic z kolegami na placyku nieopodal domu. Dlatego nam proponuje, zebysmy moze wypili nasze piwko na tym samym placyku, odmawiamy.
Wieczor spedzamy saczac hinduskie piwo na podworku, po jednym na glowe, bo wiecej sie nie da (w Indiach czujemy zmeczenie juz okolo 20:00) a poszczegolni czlonkowie rodziny przysiadaja sie, zagaduja (glownie w jezyku hindi) i uznajemy, ze moze nie bedzie nam tu tak zle?
(Monika)
Autor:
Rafał
o
16:14
0
komentarze
7 listopada - Agra - Taj Mahal i podróż do Delhi
Pobudka o 5 rano. Wraz z Widżejem i wynajętym przez niego przewodnikiem jedziemy do Taj Mahal, żeby obejrzec to sanktuarium miłości o wschodzie słońca. Dzięki temu unikamy tez dzikich tłumów odwiedzających to miejsce codziennie. I tak było duzo ludzi, ale o wiele mniej niz za dnia.
Taj Mahal jest cudowny. Z racji jego sławy, spodziewaliśmy się przereklamowanego, kiczowatego miejsca. Tymczasem zobaczyliśmy senny, spowity jeszcze nieco w resztkach bladego świtu imponujący, znany nam z setek zdjęć, piękny pałac. Z chwili na chwilę słońce było coraz wyżej, kolory wysycały się, ale i tak zapamiętamy to miejsce jakby przesłonięte lekką mgłą.
Dobry przewodnik w Taj Mahal to podstawa. Nasz był pasjonatem tego miejsca, opowiedział i pokazał nam mnóstwo szczegółow, między innymi jeden z najważniejszych elementów tego miejsca: zdobienie ścian techniką pietra dura (pietre dure?), czyli wykrawanie małych, cienkich elementów z kolorowych kamieni i precyzyjne naklejanie ich na ścianę, co tworzy np. motyw kwiatowy (każdy płatek, łodyzka i listek to oddzielny kawałek kamienia). Technika ta jest przekazywana w rodzinach Agry z pokolenia na pokolenie i oto potomkowie XVII- wiecznych twórców tych zdobień w każdy piątek, kiedy Taj Mahal jest zamknięty dla turystów, siedzą i mozolnie restaurują lub uzupełniają kamyk po kamyku.
Ta piękna tradycja znalazła tez oczywiscie swoje zastosowanie w przemyśle turystycznym: po opuszczeniu Taj, nasz przewodnik przywiódł nas do jednego z licznych warsztato-sklepików, gdzie po pokazie zdobienia techniką pietra dura na zywo, usiłowano nam sprzedać produkowane tam wyroby. Po porannej uczcie dla ducha ten nagły powrót do realiów hinduskich lekko nas wybił z rytmu.
Ruszamy do Delhi, jakieś 4-5 godzin. W centrum około 19:00 fatalny korek i smog, który nie pozwala oddychać. Przechwytujemy szwagra Widżeja, który towarzyszy nam w dalszej całonocnej drodze na północ. I zaczynamy drugą część naszej podrózy!
Autor:
Rafał
o
16:13
0
komentarze
6 listopada - Fatehpur Sikri - Agra
C.W.J.N.N. Ruszamy do Agry obejrzec w koncu ten slynny Taj Mahal. Podroz trwa okolo 4,5 godziny z przerwa na Fatehpur Sikri.
Agra nocleg, ubijanie biznesu. Chce z Wami friendship i wiecej klientow. C.D.N. (Monika)
Autor:
Rafał
o
16:12
0
komentarze
5 listopada - Jaipur
W planie caly dzien w Jaipur. Po 9:00
ruszamy samochodem do fortu Amber polozonego kilkanascie km za miastem. Po drodze przez szybe samochodu patrzymy na Pink City - centrum Jaipuru nazwane tak od koloru scian budynkow. Wedlug mnie nazwa Pink City jest nieco na wyrost - dominuje raczej kolor ceglasto-pomaranczowy. Mijamy tez wyczekiwany przeze mnie Palac Wiatrow, niestety zasloniety bambusowymi rusztowaniami.
Jedna z atrakcji fortu Amber jest kilkunastuminutowa przejazdzka na sloniu zakonczona triumfalnym wjazdem na dziedziniec fortu. Cena za slonia (a na sloniu max. 2 osoby), ustalona przez rzad to 550 rupii. Nasz slon zachowywal sie dosc krnabrnie i pan kierowca dzgal go niemilosiernie jakims stalowym hakiem czy rylcem. Przykry widok a do tego nasza obawa, ze spadniemy. A do tego kierowca odwraca sie do nas i wyciagajac reke mowi, ze "elephant needs more money"! Udalismy, ze nie zrozumielismy, ostatecznie na koniec dalismy tipa. Generalnie atrakcja to raczej srednia, po drodze sprzedawcy, fotografowie, standard, ale warto przezyc nowe doswiadczenie.
Sam fort jest o tyle ciekawy, ze w duzej mierze mozna sobie lazic samopas i w ciszy po korytarzach i zakamarkach, bez towarzystwa naganiaczy, przewodnikow, sprzedawcow etc. Ale nie dorownuje pieknem, rozmachem czy nawet poziomem obslugi turystow fortom w Jodhpur, Jaisalmer czy nawet w Bikanerze.
Powrot juz bez slonia, po drodze cwiczymy rozne metody odmowy sprzedawcom, miedzy innymi spiewamy czerwone maki na monte cassino lub skandujemy po polsku "nie-chce-my-pocz-to-wek. Chyba dziala.
W ramach entrance Widzej wiezie nas do fabryki jedwabnych dywanow.
Jedziemy do kolejnego fortu a moze to inna czesc tego samego fortu, gdzie ogladamy wielkie dzialo z 1720 roku, uzyte tylko raz. Nie mamy juz sily zapamietywac nazw i innych waznych danych - nie wiem co to bylo za miejsce i o co w nim chodzilo oprocz wielkiego dziala :).
Zaczynamy tournee po sklepach w ramach entrance dla Widzeja. 2 sklepy z ciuchami, ceny w porzadku ale jakosc i wybor nijakie. Widzej znajduje dla Rafala sklep z instrumentami, nabywamy beben tzw. tabla. Zakup odbywa sie we wspanialej atmosferze, wlasciciel sklepu, jego pomocnicy i Rafal daja koncert na 8 rak, jest massala czaj i przyjacielska rozmowa biznesowa, w ramach ktorej Rafal nabywa table za 1500 rupii wraz z dotargowana plytka mp3 Nusratu. Wizyta w tym sklepie poprawia na chwile wizerunek Hindusow w naszych oczach. Ale tylko na chwile.
Ladujemy w Jaipur Mall - ekskluzywnym i zionacym pustka wielopietrowym domu handlowym, gdzie w ramach entrance Widzeja mamy popatrzec i pojsc sobie. Ceny bardzo wysokie, towary dosc ekskluzywne. Prowadzi nas hinduska hostessa w stroju calkowicie europejskim, kolejne sklepy otwiera nam jeden i ten sam mlody, obrotny mlodzieniec w stroju i o manierach takze zblizonych do europejskich i probuje na nas stosowac wszystkie znane mu tricki handlowe, miedzy innymi twierdzac, ze wygladamy jak Niemcy, a tak sie sklada, ze jego girlfriend jest Niemka, a takze twierdzac, ze odgaduje moje mysli i wie, ktore ciuchy mi sie podobaja. Widzac, ze nie namowi nas na stroje hinduskie, prowadzi desperacko do Pepe Jeans, wie, ze znamy ten sklep z Polski ale tu jest taniej! Udaje, ze znowu mi niedobrze i opuszczamy ten smutny przybytek.
"Entrensy" Widzeja zaczynaja nas meczyc, ale slowo sie rzeklo, obiecalismy jeszcze sklep z bizuteria wiec jedziemy. Jak zwykle na miejscu dowiadujemy sie od wlasciciela, ze nikt tu nas nie bedzie naciskal i ze rozumie jesli popatrzymy sobie dla ciekawosci i jak zwykle kiedy odmawiamy zakupu, spotykamy sie z niechecia lub irytacja.
Przestaje nas juz to ruszac.
Wracamy do hotelu, po drodze smetne spojrzenie na Palac Wiatrow i na zamkniety juz City Palace.
W hotelu mala niespodzianka - na jedzenie bedziemy czekac 2 godziny bo po kurczaka to oni musza isc na targ. Konsumujemy zatem w hotelu obok. (Monika)
Autor:
Rafał
o
16:11
0
komentarze
piątek, 2 listopada 2007
4 listopada - Pushkar - Jaipur
Poranek w Pushkar! Czujemy sie prawie jak w domu-noc przespana bez szumu wentylatora, przy otwartych oknach, w pokoju jest powietrze i normalna temperatura. A za oknem sielanka: widok na gory i pola, cisza i spokoj. Zdecydowanie klimat sie zmienil.
Idziemy z miejscowym guidem na zwiedzanie Pushkaru i poddanie sie pudży, czyli rytualnej modlitwie za pomyslnosc nasza i naszych rodzin. Pushkar to specyficzne miasto, Hindusi mowia o nim Holy City. Jest to osrodek kultu Brahmy. Oficjalnie nie sprzedaje sie tu alkoholu, miesa i jajek, nie powinno sie tez okazywac publicznie uczuc i nalezy sie stosownie ubrac. Nieoficjnie jest to enklawa amatorow narkotykow, szczegolnie podobno mlodych Izraelitow, ktorzy calymi grupami wynajmuja tu pokoje na miesiac i blogo spedzaja czas. Widzej mowi o nich crazy, a u niego to oznacza czesto, ze moga sie tu odbywac niezle jatki :). Nasz wczorajszy wieczor z rumem pitym za przyzwoleniem wlasciciela hotelu tez potwierdza istnienie nieoficjalnej strony Pushkaru.
Pushkar jest malym miastem, mniej tu jakby naganiaczy, handlarzy, mniejszy ruch, wiecej milych, spokojnych zakamarkow no i swiete jezioro. Na moje pytanie o nazwe geograficzna jeziora uslyszalam: Holy Lake :).
Pushkar jest jeszcze znany z miedzynarodowych targow wielbladow, ktore na szczescie dla nas zaczynaja sie dopiero za 2 tygodnie.
Najpierw obejrzelismy swiatynie Brahmy. Setki Hindusow pielgrzymujach do swietego posazka, jedna glowna swiatynia i kilka malych, dzwiek dzwonow uderzanych raz po raz przez wiernych "for good luck". W Indiach wszystko jest "for good luck", w tym takze moj ulubiony bog Ganesha zawieszany nad wejsciem do domu czy malowany na scianach domow przy okazji urodzenia sie dziecka. Na terenie swiatyni jest glosno, brudno i tloczno, ale wyczuwa sie jednoczesnie atmosfere swietosci, waznego miejsca. Taka mala Czestochowa. Sama swiatynia jest ciekawa dzieki swojemu intensywnemu rudemu kolorowi.
W drodze do swietego jeziora guide opowiedzial nam o Sadhu people, ludziach, ktorzy nie maja rodzin, zycie w ascezie w gorach, o 4 rano obmywaja sie rytualnie w rzece za swiatynia, o 5 rano przychodza do swiatyni na specjalny obrzadek, nie rozmawiaja raczej z ludzmi, zyja z tego, co im ludzie dadza. Wygladaja troche jak aborygeni. W miescie mozna tez spotkac falszywych Sadhu, naciagajacych turystow na kase np. za zrobienie im zdjecia:).
Holy Lake spelnia miedzy innymi te sama funkcje co Ganges w Varanasi: wrzuca sie do niego prochy zmarlych Hindusow. W tej samej wodzie obmylismy dlonie w ramach pudzy, ale co zrobic.
Pudza. Guide wyraznie mowi, ze za pudze wrecza sie datek co laska, tyle ile chcemy, przeciez naszej pomyslnosci nie da sie przeliczyc na pieniadze. Oczywiscie, swiete slowa. Przejmuje nas pudza man :), o ile dobrze zrozumialam, pudze odprawiaja brahmini, a wiec nasz brahmin ma na imie Dipu i wyglada jak gwiazdor z Bollywoodzkiego filmu z lat 60-ych. Jego wyglad i nazwijmy to - czarujacy sposob bycia sprawiaja, ze caly ten rytual staje sie dla mnie groteska, zupelnie mi niepotrzebna. Czuje komercje w kazdym calu a do tego wisienka na tort: Dipu "w ramach rytualu" odciaga Rafala na bok i usiluje ustalic z nim wysokosc datku. Przywoluje po jakims czasie i mnie i ponawia pytanie (choc rytual jeszcze sie nie skonczyl), dowiaduje sie w koncu, ze zamierzamy dac mu 100 rupii. Negocjuje: inni daja wiecej a Polacy daja po 20 euro. Nie zraza go nasze przypomnienie, ze w Polsce jeszcze nie ma euro. Nalega. Nie ustepujemy. Wkurza sie. Z niechecia kaze nam wrzucic trzymane przez nas kwiatki do wody (miejmy nadzieje, ze tak wyglada zakonczenie pudzy), odchodzi, zbieramy sie, wraca, przypomina, ze inni daja wiecej. Dajemy mu jeszcze 40 rupii i zniesmaczeni odchodzimy.
Usilujemy zrozumiec Indie. Ze ludzie sa tu biedni i ze od malego musza walczyc o przetrwanie kazdego dnia. Nie wiem jednak czy uda nam sie z pogodna twarza przyjac wszystkie te sytuacje, z jakimi mamy tu na co dzien do czynienia.
Na koniec pudzy dostalismy na reke kolorowy sznureczek - "paszport Pushkaru", dzieki ktoremu mamy nie byc juz nagabywani przez innych pudzamenow brahminow. Szczerze mowiac i tak nie widzialam innych poza Dipu, a podobno mialo ich byc zatrzesienie w calym miescie.
Jedziemy dalej do stolicy Rajastanu - Jaipuru. Duze miasto, widac nawet nowoczesne biurowce. Jest tez sygnalizacja swietlna na niektorych skrzyzowaniach. Zauwazam, ze witamy z radoscia kazdy objaw cywilizacji przypominajacej nasza - cieszymy sie na widok bialych turystow, biurowcow i sygnalizacji swietlnej. A przeciez nie po to jechalismy do Indii?
W Jaipur zatrzymujemy sie w milym hotelu wskazanym przez Widzeja - Ashirvad Guest House. Z milym patio udekorowanym licznymi kwiatami w doniczkach. Kwiatami opiekuje sie zona wlasciciela hotelu, okolo 50-letnia Hinduska w sari z pieknymi, swobodnie rozpuszczonymi, kruczoczarnymi wlosami. Powitala nas majestatycznie i uciela nawet krotka pogawedke na temat krotona, draceny i trzykrotki.
Wieczorem zwiedzamy swiatynie Lakshmi ufundowana przez niejakiego Birle. Piekna, marmurowa budowla, w srodku plaskorzezby przedstawiajace sceny z zycia Krishny, Ramy, guru etc. Bardzo przyjemne i ciekawe, a przy okazji czyste miejsce.
Na ulicach bardzo czesto spotykamy rowniutko poukladane i suszace sie plaskie krowie placki. Pytamy czy to sluzy tylko do nawozu i dowiadujemy sie, ze nie tylko - takze jako podpalka przy opiekaniu ciabbaty.Wieczor spedzamy na patio w towarzystwie Widzeja, komarow i rumu z cola i poznajemy ciekawe szczegoly stosunkow rodzinnych naszego opiekuna. Rozmawiamy tez o prowizjach i giftach, ktore otrzymuje kazdy kierowca, przewodnik czy naganiacz. Jest to 5% wiec przy naszych wydatkach Widzej szczegolnie nie zarobi. Bardziej zalezy mu wiec na entrance czyli na naszych wejsciach do sklepow, dzieki ktorym dostanie chociaz jakies gifty dla dzieci na swieta. Umawiamy sie wiec, ze jutro wejdziemy takze do kilku sklepow w ramach zwiedzania miasta. (Monika)
Autor:
Rafał
o
17:21
0
komentarze
3 listopada - Jodhpur - Pushkar
Jodhpur. Poranek jest jak zwykle orzezwiajacy, nawet spalin jakby nie czuc. Zwiedzamy fort Mehrangarh z XV wieku. W cenie biletu jest audio przewodnik czyli chodzimy sobie ze sluchawkami na uszach i spokojnie wszystko ogladamy. Fort jest ciekawy i dobrze utrzymany, szczegolnie piekny jest pokoj do relaksacji. W forcie jest tez pomieszczenie o nazwie Audio Listeners Lounge gdzie siedza tylko biali turysci (glownie tez oni korzystaja z audio systemu) i w chlodzie popijaja wode czy napoje. Czyli pokoj dla VIPow. Tam po raz pierwszy w Indiach spotykamy Polakow. Podrozuja 9-osobowa grupa po Rajastanie, potem planuja pojechac na Goa. Troszke im pozazdroscilismy tej drugiej :).
Z fortu roztacza sie piekna panorama Jodhpur - teraz widac, ze to naprawde Blue City! Zwraca nasza uwage fakt jak wiele miejsc wysoko na forcie jest niezabezpieczonych czy nieoznaczonych. Bardzo latwo o wypadek. Spotkala nas tu jeszcze jedna przygoda. Nagle z bramy wypadla wielka glosna grupa chlopcow okolo 14-16 lat, wszyscy w identycznych niebieskich koszulach i brazowych spodniach i z wielkim krzykiem i smiechem dobiegli najpierw do siedzacych na murku mlodych Hindusek. Pokrzyczeli, posmiali sie a potem nagle szturmem rzucili sie ku nam, oblegli nas wolajac jeden przez drugiego "jak masz na imie?!" "skad jestes?!" "sir! madam!", przepychali sie, smiali, sciskali nam dlonie i kazali sobie zrobic zdjecia. W sumie to bylo smieszne, chociaz zupelnie nie rozumielismy tego wylewu uczuc. Zachowywali sie jakby byli na prochach, biegali po tym dziedzincu z obledem w oczach, gdybysmy byli w Warszawie, pomyslelibysmy, ze to flash mob albo ukryta kamera:). A jak juz pobiegli dalej, podeszly do nas te same mlode Hinduski, do ktorych wczesniej podbiegla niebiesko-brazowa zgraja i okazalo sie, ze sa to ich nauczycielki. Podaly nam rece, how are you, what's your name, where are you from, mile usmiechy i cisza:). W koncu ustawily sie do zdjecia z nami i poszly. Indie!
Z Jodhpuru ruszylismy do Pushkaru. Coraz bardziej czujemy, ze klimat staje sie przyjemniejszy dla nas, mniej pustynny, bardziej wilgotny, choc temperatura w ciagu dnia nadal wynosi 37-38 stopni. Zmienia sie tez krajobraz, widzimy coraz wiecej zieleni.W drodze Widzej opowiada nam o hinduskich bogach: o Ganeszy, o Ramie, o Krisznie. Wieczorem dojezdzamy do hotelu Pushkar Villas Resort. Pokoje bardzo w porzadku, zaleta hotelu jest czesc ogrodowa z basenem z lekko metna woda, gdzie milo jest posiedziec wieczorem przy rumie, co tez uczynilismy:). C.D.N. (Monika)
Autor:
Rafał
o
17:20
0
komentarze
2 listopada - Jaisalmer - Jodhpur
Jaisalmer. Po trudnej nocy nastaje jak zwykle piekny i rzeski poranek. Na sniadanie zjedlismy sucha ciabbate z obiadu z poprzedniego dnia i wypilismy wlasna polska herbatke w wodzie z fabrycznie zamknietej butelki zagotowanej za pomoca polskiej grzalki:). I ruszylismy z lokalnym przewodnikiem na zwiedzanie fortu w Jaisalmer. Fort jest inny niz wszystkie, ktore widzielismy dotychczas. Miasto w miescie. Na jego terenie jest kilkadziesiat hoteli i mieszka tu co czwarty Jaisalmerczyk. Z roku na rok fort ulega powaznym zniszczeniom. Lonely Planet 2006, ktory mamy ze soba, wskazuje wprawdzie zarowno hotele w obrebie fortu jak i poza, ale jednoczesnie sugeruje, aby podjac decyzje etyczna i wybrac hotel poza fortem. Jest to zreszta zgodne ze stanowiskiem rzadu Indii. W tym roku Lonely Planet poszedl dalej i w najnowszej edycji przewodnika w ogole nie wymienil hoteli w obrebie fortu, co wywolalo wielkie niezadowolenie fortowych hotelarzy. Na scianie wisi wielki transparent "Dziekujemy Lonely Planet za pozbawienie nas pracy". Zapytalam naszego przewodnika, co o tym mysli. Powiedzial, ze jako przewodnik absolutnie sie z tym zgadza, wszystko dla dobra fortu, ale mialam poczucie, ze nie do konca tak mysli. Wyrwalo mu sie nawet wczesniej, ze to wszystko jest wina rzadu.
Ze wzgledu na kolor scian, Jaisalmer jest nazywany Golden City. C.D.N. (Monika)
Autor:
Rafał
o
17:20
0
komentarze
1 listopada - Kuri - Jaisalmer
C.W.J.N.N (Ciag wczesniejszy jeszcze nie nastapil) Wieczorem Rafal kiepsko sie czuje (ma lekka goraczke), ja za to budze sie w nocy i czuje ze mi znowu niedobrze i takze mam goraczke. Sytuacja zdrowotna normuje sie po jakims czasie, natomiast zmienia sie na ulicy za oknem: pies w poblizu zaczyna szczekac, dolacza do niego chor kilkunastu a potem kilkudziesieciu psow z calej okolicy a potem jeszcze swinia :). I to sie w koncu normuje :). C.D.N. (Monika)
Autor:
Rafał
o
17:18
0
komentarze
31 pazdziernika - Bikaner - Kuri
Najgorszy dotychczasowy dzien w Indiach. Rano obudzilismy sie z lekkim kacem, ktory potem okazal sie byc prawdopodobnie zatruciem. Fakt - dzien wczesniej zjedlismy troche dziwnych rzeczy, ale oczywiscie wydawalo sie ze nic nam nie bedzie. Na nasze szczescie w nieszczesciu prawie caly dzien bylismy w drodze, przez co w samochodzie spalismy przez kilka godzin. Goraczka, bol glowy, rozwolnienie, Monika to samo za wyjatkiem rozwolnienia co wcale nie jest lepsze, bo lepiej sie pozbyc z organizmu tego, co mu zaszkodzilo. O ile mielismy zestaw lekow na zatrzymanie rozwolnienia o tyle nikt nie pomyslal ze byc moze przydalo by sie je takze czasem wywolac...
Poznym popoludniem dojechalismy do...
C.D.N.
(Rafal)
Autor:
Rafał
o
17:18
6
komentarze
30 pazdziernika - Bikaner
Jedziemy samochodem na zwiedzanie miasta Bikaner i okolic. Na pierwszy ogień idzie
Świątynia Szczurów czyli Karni Mata w miejscowości Deshnok około 30 km od Bikaneru.
Jedno z tych miejsc, których się nie mogłam doczekać. Głównie ze względu na rzesze szczurów. które miały biegać po całej świątyni, do której wchodzi się oczywiście bez butów...
Wchodzimy do okazałej, marmurowej budowli. Rzeczywiście szczury są wszędzie, choć nie aż tak dużo, jak się spodziewałam. Biegają, śpią w kątach, pod krużgankami, piją mleko z wielkich mis. Podobno ujrzenie białego szczura przynosi szczęście. Stworzonka te tworzą doskonałą symbiozę z licznymi robakami i gołębiami, mimo to przeżycie nie jest aż tak straszne.
W Indiach szczury cieszą się dużym szacunkiem, szczur występuje między innymi na każdym obrazie przedstawiającym boga pomyślności - Ganeshę.
Atmosfera w świątyni oraz na poprzedzającym ją sporym dziedzińcu jest niezwykła. W kącie siedzi kilku Hindusów i gra na bębnach, do tego zawodzą jakąś niezwykłą pieśń, która wywołuje we mnie niepokój i fascynację zarazem.
Dlaczego szczury? Według legendy Karni Mata, mistyczka żyjąca w XIV w. będąca wcieleniem bogini Durgi poprosiła Boga Śmierci Jamę o przywrócenie życia synowi pewnego męrdca. Kiedy Jama odmówił, Karni Mata w gniewie rzuciła przekleństwo: odtąd nikt z wieszczów i przyszłych świętych nie dostanie się w ręce Jamy. Ich dusze wcielają się najpierw w ciała szczurów, aby potem dopiero móc odrodzić się w ludzkiej postaci.
Wracamy do Bikaneru i zwiedzamy fort.
Autor:
Rafał
o
17:17
1 komentarze
29 pazdziernika - Jhunjhunu - Mandawa - Bikaner
Wstalismy rano i nieco spoznieni poszlismy na parking, gdzie mial czekac nasz kierowca. Okazalo sie ze nie ma ani kierowcy, ani samochodu a na pytanie "gdzie jest Widzej?", stojacy w poblizu pracownicy podali dwie rozne wersje lub mowili "Yes sir":). Byc moze gdyby zapytac ich "Czy porwali go kosmici?", otrzymalibysmy podobna odpowiedz.
Udalo nam sie jednak dowiedziec, ze bedzie za pol godziny wiec postanowilismy wykorzystac ostatnie minuty na zdjecia i kapiel w basenie. W ten cieply poranek kapiel byla bardzo orzezwiajaca. Stojac na dachu eleganckiego hotelu zobaczylismy kilkanascie metrow dalej prywatne domy. Przy jednym z nich zobaczylismy skrajnie biedna rodzine - matke zajmujaca sie drobnymi pracami wokol domu oraz biegajace nago, brudne male dzieci. Duzy kontrast.
Mandawa. Urocze, niewielkie miasto, znane przede wszystkim z haveli - dawnych domów kupieckich zbudowanych około lat temu. Haveli oznacza wietrzny dom, czyli dom z wewnętrznym dziedzińcem, na którym koncentrowało się w dużej mierze życie rodziny. Haveli w Mandawie są pięknie ozdobione malowidłami ściennymi nawiązującymi zarówno do życia hinduskich bogów, jak i do kamasutry, ale można tam znaleźć także motywy takie jak rower, samolot czy pociąg (te pochodzą z początku XX wieku).
Widżej polecił nam przewodnika - rezolutnego młodzieńca, który oprowadził nas po mieście i sporo o nim opowiedział. Haveli są często puste, inne pilnowane przez wynajętych strózów, inne często są niedostępne dla turystów, ponieważ mieszkają tam ludzie. Przewodnik zaprowadził nas jednak do takiego haveli, w którym do dzisiaj żyją potomkowie jego pierwotnych właścicieli. Ojciec rodziny podjął nas z honorami, poczęstował herbatką (obowiązkowo massala tea, inaczej indian tea czyli herbata z mlekiem, imbirem i domieszką przypraw, o których Hindusi mówią po prostu massala), a następnie usiłował nam sprzedać materiał na sari, figurkę wielbłąda etc. :)
W Mandawie zwiedziliśmy także Mandawa Castle, dawny zamek zaadaptowany na elegancki hotel wypełniony białasami, co nie przeszkadzało nam jednak w wejściu do środka i szybkim zwiedzeniu wnętrz.
Zwiedzanie Mandawy zakończyło się oczywiście wizytą w sklepie z tekstyliami starszego brata naszego przewodnika. Prezentacja towarów była poprowadzona w dość oryginalny i dowcipny sposób. Najpierw pokazano nam kilkanaście wzorów materiałów (obrusy, kapy, poszewki na kołdry) a potem mieliśmy je klasyfikować według kategorii: Indie - ładne, Kaszmir - średnie, Pakistan - brzydkie :). Jeden z najbardziej sympatycznych sposobów na stworzenie miłej atmosfery w trakcie próby sprzedania czegokolwiek białemu turyście. Odmowilismy jednak mówiąc wprost, że ceny sa dla nas zbyt wysokie (5 - 8 000 rupii za jedną sztukę) i że nie jest dla nas priorytetem taki zakup. Miło nam się zrobiło, kiedy w odpowiedzi brat podziękował nam za szczerość i nie nagabywał więcej. W odpowiedzi skusilismy sie na 6 poszewek na poduszki i
ruszyliśmy dalej z poczuciem (może złudnym), że kupiliśmy to co chcieliśmy i nikt nas do tego nie zmusił! :)
Krajobraz i klimat pustynny, temperatura około 40 stopni.
W Bikanerze Widżej proponuje hotel, tym razem jednak nam kompletnie nie odpowiada przez swoją ponurą atmosferę i lokalizację na niezbyt sympatycznym obrzeżu miasta. Prosimy, aby zawiózł nas do Haraser Haveli - znałam ten hotel z internetu a poza tym wybierał się tam też ze swoimi turystami Pradib, czyli ów ześwirowany kierowca z poprzedniej upojnej nocy w Jhunjhunu, a jakoś nie mieliśmy wątpliwości, że on akurat zawiezie swoich tuystów do dobrego hotelu. I nie pomyliliśmy się. Po obejrzeniu 2 pokoi za 1500 i 1200 rupii trafiamy na pokój za 600 rupii o niewiele gorszym standardzie. Był to jeden z lepszych hoteli, jakie było nam dane zwiedzić w czasie naszej podróży. Bardzo popularny wśród turystów. Przypominał wprawdzie trochę egipski kurort, ale do tego profesjonalna obsługa, ciepła woda ! :) i czysto. No i słynna restauracja na dachu z panoramą miasta lekko przysłoniętą wszechobecnym smogiem.
Autor:
Rafał
o
17:13
0
komentarze
28 pazdziernika - Delhi - Jhunjhunu
Wstajemy rano, znowo dosyc pozno (11:00), chyba jeszcze sie nie przystosowalismy do zmiany czasu? Pomimo, ze to niedziela i "everything is closed madam", halas na ulicy taki sam, jak w zwykly dzien - stopery przydaja sie po raz pierwszy :).
Pojawia sie Rahim i zaczynamy negocjacje i dyskusje, w koncu koncepcja wyjazdu przyklepana: ruszamy jeszcze dzisiaj. W sumie to wcale juz nie mamy ochoty na zatloczone i zasmrodzone Delhi... Koszt wycieczki 11.700 rupii czyli okolo 300 USD na osobe. W cenie samochod, kierowca, benzyna, podatki (klimatyczne, wjazd do kolejnych stanow, a jak sie pozniej okazalo, takze i mniej oficjalne oplaty, w tym haracze:), "sightseeing" - czyli dojazd do zabytkow - taka dosyc marketingowa pozycja, nie wyobrazam sobie bowiem, zeby kierowca mial nas wysadzac na rogatkach miasta i czekac az wszystko zwiedzimy:). Co do noclegow - Rahim oferowal, ze nam je takze zalatwi, ale odmowilismy z 2 powodow: chcielismy choc odrobine poczuc samodzielnosc przynajmniej przy wyborze miejsca do spania a poza tym srednia cena noclegu podana przez Rahima przekraczala ceny znane nam z Lonely Planet. Zgodzilismy sie, ze bedziemy ogladac hotele proponowane przez kierowce, ale jesli nam nie beda odpowiadac, to szukamy innego.
Ruszamy samochodem marki "Ambasador" - taka troche nasza "Warszawa" ale produkowana wspolczesnie - podobno nasz ma 3 lata - nie jestesmy jednak tego pewni. Pasow z tylu brak, ale poza tym przyjemne autko, czyste i blyszczace i z wygladu rodem z lat 50-ych. I z klima. Kierowca - Widzje - tak mniej wiecej sie to wymawia - jest klasycznym, dosyc milym Hindusem, obie strony pracuja nad stworzeniem znosnej relacji. Okazuje sie, ze Delhi poza centrum jest dosyc czyste, przestronne i zielone. Potwierdza sie informacja, ze drogi w Indiach sa w takim stanie, ze 200 km zajmuje nam pół dnia. Potwierdza sie takze szalenstwo na drogach - miejscami jest to prawdziwy hardcore. Zagrozenie zderzeniem czolowym wystepuje srednio co 30 sekund.
Po drodze "przygoda": zajezdza nam drogę wóz drabiniasty z sianem, samochód otacza kilku tubylców, w tym jeden z bojowniczo uniesionym plastikowym krzesłem, świecą latarkami do środka samochodu i coś nawołują. Zaczyna się dyskusja z naszym kierowcą, zakończona przekazaniem im przez niego jakiejś kasy. Haracz za przejazd przez wioskę od przybyszów! Wliczony zapewne w cenę usługi, bo Widzej wyjaśniając nam z uśmiechem i absolutnym spokojem tę całą sytuację, nie oczekiwał jednocześnie, że mu jakoś za to zwrócimy :).
Nasz cel to Mandawa, ale nocleg w miejscowosci Jhunjhunu - 40 km przed Mandawa. Urocze miejsce: Hotel Jamuna Resort, styl hinduski, szklane mozaiki na scianach, ogrod, patio, pokoje czysciutkie, basen (!) - z niezbyt czysta woda ale zawsze - slowem, slodziutko. Cena za pokoj 700 rupii - troche duzo, łapiemy sie na tym, ze jestesmy niekonsekwentni, ale takie miejsce.... Wieczor - Widzje chce sie z nami integrowac. Przynosi zakupiony uprzednio rum za 250 rupii i czeka na nas w ogrodzie. Przychodzimy z gotowym planem: pijemy po szklaneczce i spadamy. Wieczor konczy sie po okolo 5 godzinach spiewem, beatboxem Rafala z innym kierowca - nota bene niezlym swirem, nauka gospela, dysusjami o hinduskich bogach etc etc.... :). Powitanie z Indiami zaliczone i to hucznie :).
Autor:
Rafał
o
17:09
1 komentarze
poniedziałek, 29 października 2007
27 pazdziernika - Delhi
Stanowczo lepiej! Budzi nas halas zatloczonej ulicy: klaksony, silniki samochodow, ludzkie kroki, glosy, a nawet spiew. I dziala swiatlo! Lazienka zgodnie z podejrzeniami baaardzo srednia, ale chociaz obiektywnie wszystko nadal jest obskurne, to mamy tak doskonale nastroje, ze i lazienka i pokoj sa w tej chwili calkowicie akceptowalne.
Okolo 11 pukanie do drzwi - sniadanie. Tosty i herbata - a wiec nadal dieta biorac pod uwage zaserwowana nam ilosc:).
Sam wlasciciel, Rahim, ktory ze mna korespondowal w sprawie rezerwacji, podjal nas z honorami godnymi gosci najwyzszej kategorii i zrecznie nas doprowadzil w rozmowie do punktu, w ktorym zlozyl nam propozycje objazdowki po Rajastanie z jego kierowca za cene blisko 12 tys rupii za osobe czyli ok 800 zl. Obiecalismy grzecznie, ze sie zastanowimy, ale raczej chcemy poczuc przygode, wymowilismy sie od objazdowki po Delhi z kierowca i niezrazeni przestroga Rahima, ze wrocimy z bolem glowy, ruszylismy na miasto!
Wrocilismy jesli nie z bolem glowy, to na pewno skolowani. Delhi jest zatloczonym głosnym miastem, samochody, tuk tuki, autobusy, motocykle i rowery jada pozornie bez ladu i skladu a głownym atrybutem każdego pojazdu jest klakson. Dodatkowa kategorie uczestników ruchu drogowego stanowia krowy. Juz wiemy dokladnie, skad sie bierze pojecie "swiete krowy". Sygnalizacja swietlna i przejscia dla pieszych to rzadkosc, ktora i tak nie gwarantuje bezpiecznego przejscia przez ulice. Nad miastem unosi sie Wieczny Smog, zapach spalin i kurz dostaja sie do nosa, do oczu i do gardla. Ale to nie wszystko.Zwiedzanie miasta zaczynamy od Connaught Place - wielkiego, zatloczonego ronda pełnego sklepów z całkiem miłym zielonym skwerem posrodku, gdzie każde minimalnie zacienione miejsce jest zajete przez wypoczywajacych tubylcow.
Po konsumpcji w McDonaldzie (jeszcze jestesmy ostrozni, jeśli chodzi o kulinaria - polecamy zestaw Maharaja i coca cole:) ruszamy na piechote na dworzec kolejowy, zeby zorientowac sie w sytuacji transportowej w tym nowym dla nas kraju. Chcemy bowiem nabyc bilet do Varanasi. Nie zdazylismy jednak wejsc do hali z kasami - zatrzymal nas jakis uprzejmy Hindus i poinformowal, ze bilety dla cudzoziemcow mozna nabyc w specjalnym oficjalnym rzadowym biurze, do ktorego za 10 rupii zawiezie nas riksiarz (tuk tuk). Nasz informator wreczyl nam nawet formularze, ktore trzeba wypelnic przy rezerwacji kazdego biletu i dodaje: "tu trzeba czekac w dlugiej kolejce a w biurze nie trzeba". Wszystko to jest zgodne z tym, co czytalam w necie na temat nabywania biletów w Indiach za wyjatkiem jednej rzeczy: wydawalo mi sie, ze biuro dla cudzoziemcow jest na pierwszym pietrze dworca a nie gdzies, gdzie trzeba jechac riksza. W naszej (jak sie pozniej wielokrotnie okazalo) naiwnosci ulegamy jednak i jedziemy riksza do "oficjalnego biura". Jest to agencja, jakich wiele w Delhi, zajmujaca sie posrednictwem w sprzedazy biletów otrzymujaca za to prowizje od kolei. Nasz uprzejmy informator takze dostaje prowizje za przyslanie klientow czyli nas. Pierwsza wpadka! A tyle czytalismy o trickach hinduskich! :)
A biletów do Varanasi nie ma juz na najbliższy tydzien przynajmniej. Agent sprawdza to na stronie internetowej kolei indyjskiej i od razu korzysta z okazji namawiajac nas na objazd samochodem po Rajastanie.
Nie bardzo wiemy co robic. Nasz riksiarz, ktory czeka na nas, widzac nasze zafrasowanie oferuje nam zawiezienie nas do "normalnego" biura biletowego, ktore dysponuje "specjalna" pula biletów specjalnie dla turystow, tam powinny sie znalezc jeszcze bilety do Varanasi. I to okazuje sie byc agencja posrednictwa, gdzie pokazuja nam dokladnie te sama strone internetowa z dokladnie tym samym brakiem biletow do Varanasi i proponuja nam dokladnie taka sama objazdowke po Rajastanie z samochodem. Wpadka numer dwa!
Pojawiaja sie u nas pierwsze oznaki irytacji. Nie dowierzamy juz naszemu riksiarzowi, mowimy mu wiec, zeby nas zawiozl do swiatyni Lakshmi, naszego kolejnego obiektu zwiedzania i tam zamierzamy sie go pozbyc. Nalega na obwiezienie nas po calym Delhi. "Nie chodzi mi o pieniadze, ja nienawidze pieniedzy, chce, zebyscie byli zadowoleni". Odmawiamy. Jedziemy do swiatyni. Wysiadamy. I tu nastepuje wpadka numer trzy! Nie ustalilismy z riksiarzem na poczatku ceny za cala te podroz (a o tym takze tyle czytalismy, a jakze!) i Ten, Ktory Tak Nienawidzi Pieniedzy zaspiewal 400 rupii. Po nieprzyjemnej wymianie zdan dajemy mu 250 rupii. I tak o jakies 200 za duzo.
Świątynia Lakshmi Narayan (Birla Mandir) zbudowana w latach 30-ych XX wieku jest okazałym budynkiem o krwisto-ceglanym kolorze z licznymi posągami hinduskich bogów. Początkowo oglądamy je sami, chwilę później już dołącza do nas strażnik i uprzejmie nas oprowadza a jego sposób prezentowania poszczegolnych bogow polega na odczytywaniu nazw podanych w języku angielskim pod wiekszością posągów czy płaskorzeźb :). Wręcza nam także malutką paczuszkę słodkiego czegoś do pochrupania i wykonuje czerwonym proszkiem kropki na czole "for good luck". A potem czeka na zapłatę. Odmawiamy mowiac, ze nie prosilismy o te usluge, dumni jak sobie z nim swietnie poradzilismy...
Na tyłach świątyni rozciąga się przyjemny ogród - park pełen sztucznych grot i postaci zwierzat oraz zielonych papuzek. Miłe wytchnienie po zatloczonym i smrodliwym miescie. Spotykamy wycieczke dzieci z paniami nauczycielkami, dzieci podchodza do nas, usmiechaja sie, podaja nam reke, pytaja o imie i same sie grzecznie przedstawiaja. Potem ochoczo ustawiaja sie do zdjec. Jeszcze nas to rozczula.
W mizernie wygladajacym barze na terenie ogrodu z rozkosza konsumujemy bajecznie tania samose (jakies 7 rupii za sztuke), co wprawia nas w rownie rozkoszny nastroj. Po posilku dyskretnie wypijamy po łyczku żołądkówki z warszawskiego zapasu (pomysł takze ściągnięty od jakiegoś internauty:).
Ruszamy na piechote, jak sadzimy, w kierunku centrum. Zatrzymuje sie kolo nas tuk tuk, kierowca entuzjastycznie nas wita i mowi, ze nas pamieta z hotelu, tam pracuje jego brat, a on widzial nas przed hotelem. Pyta jakie mamy plany, mówimy o problemie z biletem do Varanasi. Oferuje zawiezienie nas do "official government ticket office" za free, chce nam po prostu pomoc. Wsiadamy, w koncu to znajomy. O naiwnosci nasza. Rafał pyta juz w srodku z jakiego hotelu nas pamieta. Miał dobre przeczucie. Odpowiedz odnosnie hotelu była mglista a "official office" to kolejna, trzecia juz tego dnia agencja, gdzie syczac przez zeby mowimy agentowi, ze jesli ma bilety do Varanasi, to poprosimy, a jesli nie, to idziemy i, uprzedzajac jego dalsze slowa, nie jestesmy zainteresowani objazdowka samochodem po Rajastanie. Agent usmiecha sie - chyba troche rozumie nasza sytuacje. Biletow oczywiscie nie ma - ta sama strona internetowa nie kłamie. Wpadka numer cztery! :)
Wychodzimy (nasz riksiarz, który "zna nas z hotelu" juz nas nie zna) i idziemy dalej, znowu na azymut a raczej na węch (mapa nie jest zbyt pomocna, w Delhi trudno znalezc nazwe ulicy). Chcemy jeszcze cokolwiek zobaczyc a juz jest ciemno. Dochodzimy niechcacy do Paharganj (Main Bazaar Street) i natykamy sie takze niechcacy na Golden Cafe! Max Cegielski w swojej "Masali" twierdzi, ze to mekka turystow (indywidualnych)! Wchodzimy i juz tam zostajemy. Poznajemy parę Rosjan wracajacych z Nepalu oraz ekstrawaganckiego Duńczyka fotografa, ktory mieszka w Delhi podobno od 12 lat. Pełno białasow, miły kelner podaje nam w tajemnicy (bo nie maja koncesji) piwo Kingfisher made in india, konsumujemy kurczaka i czujemy, że na chwilę odnleźliśmy swoje miejsce na tej dalekiej ziemi.
Warto tu przy okazji wspomnieć o "środkach ostrożnosci" w Indiach. Tuż przed Golden Cafe natykamy sie na policjanta, ktory prosi nas o przejscie przez bramke (taka a'la lotniskowa, wykrywajaca metal) po drugiej stronie ulicy. Zdziwieni przechodzimy, bramka nawet nie pisnęła, chociaz mielismy wiele rzeczy metalowych, na przykład nóż Rafała... :). Bezpieczenstwo jest jednak bezsprzecznie priorytetem, wiec przyjmujemy ze zrozumieniem ten zabieg... :)
Nie dajemy za wygrana i po wizycie w Golden Cafe łapiemy tuk tuka, ktory nas wiezie do Red Fortu (Lal Qila). Podobno o 21 ma byc tu interesujacy pokaz swiatla i dzwieku. Przyjechalismy o 21:30 i pocalowalismy fortowa klamke. No ale cos widzielismy - fort z zewnatrz wieczorowa pora :)
Ostatni tuk tuk i ostatni trik trik tego dnia. Nauczeni doswiadczeniem ustalamy cene z góry (10 rupii). Riksiarz sie lekko pogubil i troche krazyl, zanim znalazl nasz hotel, wiec wspolczujac mu, postanowilismy mu dac 20 rupii. Spojrzal na nie z niechecia i zazadal wiecej, bo nie wiedzial, ze hotel jest tak daleko (czyli w centrum miasta). I współczuj tu czlowiekowi! Racjonalny w Europie argument, że to pana problem, pan powinien znac miasto i ustalic z nami odpowiednia stawke, nie przemowil do mieszkanca tego subkontynentu. Mimo to, twardzi jak skały, nie dalismy wiecej.
Po takim dniu i po porazce z biletem "PKP" decyzja o objazdowce po Rajastanie samochodem podejmuje sie sama: skorzystamy z oferty Rahima z naszego hotelu.
Autor:
Rafał
o
17:11
0
komentarze
26 pazdziernika - Warszawa - Helsinki - Dehli
Lotnisko. Nasze mamy (zwlaszcza moja) zegnaja nas spojrzeniem pelnym rozpaczy, 1,5h pozniej ladujemy w Helsinkach (na zdjeciu katalog finskich produktow). Catering w FinnAir sredni.
Przesiadka w Helsinkach, 6,5h lotu i nareszcie. Delhi.
Temperature outside 28 stopni, godzina 23.30. Bagaze? Dojechaly. Niebotyczna kolejka do kontroli paszportow, dobry czas na przyjrzenie sie terminalowi w stolicy Indii. Czas stanal tu w miejscu lata temu. Wymiana kasy (obowiazkowo okazanie paszportu), szukamy kierowcy z kartka z moim nazwiskiem, jest, idziemy za nim, wsiadamy do calkiem eleganckiego pojazdu i jedziemy!
Ulice wyludnione, nieliczni kierowcy zachowuja sie jak w Gruzji, Egipcie czy Turcji, czyli trabia z blizej nieznanych nam przyczyn i lamia wszelkie mozliwe przepisy. No i hotel... Jakby to ujac. Obskurny. Pokoj podobnie. Na dodatek wszedzie jest prad, tylko nie u nas. Ciemno i duszno, boje sie zajrzec do lazienki. Wrazenie przygnebiajace. Pewnie nasza opinia o pokojach jeszcze sie zweryfikuje. Na razie cieszymy sie tym co mamy: pelnia ksiezyca ogladana z dachu hotelu, wiatrakiem, ktory ratuje nam zycie, swieczkami, ktore tak sie sklada, wzielismy z domu nie wiadomo po co (juz wiadomo), drinkiem z zubrowki i niebieskiej fanty oraz soba. Wierze, ze bedzie dobrze, chociaz przychodzi mi to z trudem.
Autor:
Monika
o
16:54
2
komentarze
wtorek, 23 października 2007
Wizy są!
Wizy w paszportach już są. Na ostatnią chwilę, ale są. Dziwne że nie było problemu z otrzymaniem amerykańskiej wizy na 10 lat (słownie dziesięć) a indyjską dali tylko na dwa miesiące. Ciekawe czy nie chcę aby tam wracać czy zarobić kolejne 184 zł gdyby ktoś zdecydował się tam wrócić...
Autor:
Rafał
o
22:49
1 komentarze
środa, 17 października 2007
Trwają przygotowania...
...do wyjazdu. Stopery do uszu? Coś na biegunkę? Tabletki na Malarię? Zaraz... czy ja wpisałem we wniosku "urlop wypoczynkowy"?
Autor:
Rafał
o
23:45
0
komentarze
Już za 9 dni będziemy w Indiach!
...póki co trwają prace techniczne nad wizerunkiem bloga...
Autor:
Monika
o
23:42
0
komentarze