czwartek, 15 listopada 2007

8 listopada - Gheori czyli u stóp Himalajów

Nocna podróż trwala okolo 10h, rano stwierdzamy, że jest o wiele zimniej, ale też bardzo zielono, troche jak w Polsce, niektóre krajobrazy kojarzą nam się z Afryką (w którj nigdy nie byliśmy:).

Jestesmy na północy Indii, u podnóża Himalajow, w stanie Himachal Pradesh, na pograniczu stanu Punjab. Widżej mówi zawsze o sobie "I'm Punjabee" ale mapa nie kłamie, jesteśmy
raczej w Himachal. Większe miasteczka w pobliżu to Dehra i Kangra.

Jedziemy po uroczych, wąziutkich drogach z bardzo krętymi i niebezpiecznymi serpentynami. Kierowcy bez przerwy trąbią, ale tym razem jest to uzasadnione - klakson stanowi jedyne ostrzezenie dla samochodu jadącego z naprzeciwka i będącego za zakrętem.

Wioska Widzeja to Gheori (dla ułatwienia Giuri). Żona Widżeja, Anita, wita nas kwiatkami, potem herbatą i ciasteczkami. Długo czekamy na śniadanie i wcale nie jestesmy pewni, czy je dostaniemy, a jestesmy na "garnuszku" Widżeja :). Uczymy się, że w Indiach nikt za bardzo nie przywiązuje uwagi do godzin, nikt się nie śpieszy, ruchy są powolne, jedynie dzieci szaleją i
biegają, jak wszędzie na całym świecie.

W koncu dostajemy śniadanko i zaczyna sie nowa era żywieniowa w historii naszej podróży: 2 lub 3 razy dziennie chapati i warzywka w różnej postaci. Czasem jest to dahl - zupa czy może raczej gęsty sos z soczewicy, czasem gotowany kalafior i ziemniaki w żółtawym sosiku, czasem pakora czyli przepyszne racuchy z warzywami. Chapati jest cienkim chlebem z mąki pszenicznej. Kilka razy podano nam jednak też chleb z mąki kukurydzianej, bardziej żółty, gruby i gumowaty. Chleb kukurydziany jest postrzegany jako gorszej jakości i gospodarze długo się wstrzymywali, zanim nam je zaproponowali. Nam smakował, choć faktycznie chapati jest lepsze. Ryż jest rzadkoscią, podawano nam go na specjalne okazje np. na Divali albo w czasie wesela. Widzej twierdzi, że u nich jada się mało ryżu, bo za nim nie przepadają. Rzeczywiście wyczytałam, że ryż jest mniej popularny na północy niż na południu.

Dzien zaczyna się od herbaty, do posiłku podaje się lokalną wodę gruntową (staramy się wierzyć, ze nam nie zaszkodzi). Gospodarze są zdziwieni, kiedy prosimy o herbatę do posiłku i tylko raz udało nam się zsynchronizować te dwa elementy (zawsze czekają, aż skończymy herbatę i dopiero podają posiłek lub odwrotnie - posiłek skończony, można podać herbatę:).
Kawa z kofeiną to dalekie wspomnienie z Polski, tu się pije tylko kawę zbożową, więc nawet o nią nie prosimy:).

Pierwszy dzień "we wiosce" głównie przesypiamy po podróży, wieczorem pytamy Widżeja o możliwość nabycia jakichś artykułów rozrywkowych typu piwo, ale także zwyły sok. Widzej troche się zmienił. Nie jest już kierowcą i opiekunem nam dedykowanym. Teraz jesteśmy u niego w domu i mamy wrażenie, że nie bardzo mu się chce nami się opiekować. Trudno jest się też porozumieć, raz mówi, że możemy pójść na piechotkę do sklepiku obok i że mozemy się czuć bezpiecznie, potem jednak mówi, że może jednak pojedziemy samochodem.

W koncu robimy bezsensowna wycieczke autem, w trakcie której się okazuje, że w okolicy nie można kupic wody, coli, o napojach typu pomaranczowy nawet nie wspomne. Zakup alkoholu też początkowo był niemożliwy. Kupujemy w końcu w malo przyjaznym nam miejscu piwo i napoje, a Widzej przy okazji wychyla z kolegami 2 szybkie szklaneczki rumu. Mieszkancy wioski pogrupowani w poszczegolnych sklepikach są dla nas malo sympatyczni i czujemy sie niekomfortowo. Na dodatek naszego gospodarza wyraznie nosi i chce sie napic z kolegami na placyku nieopodal domu. Dlatego nam proponuje, zebysmy moze wypili nasze piwko na tym samym placyku, odmawiamy.

Wieczor spedzamy saczac hinduskie piwo na podworku, po jednym na glowe, bo wiecej sie nie da (w Indiach czujemy zmeczenie juz okolo 20:00) a poszczegolni czlonkowie rodziny przysiadaja sie, zagaduja (glownie w jezyku hindi) i uznajemy, ze moze nie bedzie nam tu tak zle?

(Monika)

Brak komentarzy: