czwartek, 15 listopada 2007

9 listopada - Święto Divali - Gheori

Divali. Swieto tak wazne dla Hindusow jak nasza gwiazdka. Swieto swiatla. W ciagu dnia jednak nie czuje sie swiatecznej atmosfery (a moze my nie wyczuwamy subtelnosci zwiazanych z przygotowaniami do wieczornej celebracji).

Pobudke mielismy pare minut po 6 rano - dziadek czyli ojciec Widzeja, osoba bardzo religijna (mozna chyba powiedziec ortodoksyjna) wlacza na caly regulator przesterowane radio i leca hinduskie utwory, podobno religijne, ale brzmia jak bollywood soundtrack. Muzyka ryczy tak glosno, ze nie pomagaja stopery w uszach, nic nie pomaga. Po okolo 40 min muzyka na chwile ustaje, fader odprawia wlasne modly (spiewa i gra na tamburynie, ale to jest akurat mile dla ucha), po modlitwie na nowo ryczy muzyka a potem ustaje i z drugiej strony zaczyna bardzo glosno grac telewizor ale takze przesterowany. Rafal jakos sobie radzi, ja jestem zrozpaczona, o dziwo jednak zasypiam, ale nie na dlugo, bo okolo 7.30 budzi nas energiczne stukanie i krzyki 2 synkow widzeja "excuse me!!! excuse me !!!". Otwieramy, dzieci przyniosly herbatke! Trudno sie gniewac, choc mielismy nadzieje, ze pospimy sobie do 9. Ten rytual (muzyka, modlitwa, muzyka, telewizor, herbatka) powtarzaja sie codziennie rano. Wieczorem to samo tyle ze bez herbatki...

Pytamy Widzeja co dzis robimy. Trudno nam sie porozumiec. Nie bardzo się nami przejmuje, więc ruszamy samodzielnie na spacer po wsi, lekko spieci i w poczuciu ograniczenia. Chce nam sie pic, ale w napotkanych sklepiczynach nie ma nic do picia. Irytuja nas spojrzenia ludzi, ktorzy przystaja w grupkach i sie dziwuja. Dzieci wybiegaja z podworek, niektore za nami przez chwile biegna. Zamiast sie radowac folklorem sytuacji, mamy ochote zamknac sie w jakims hotelu pelnym bialasow i nie patrzec i nie byc wiecznie ogladanym. Czujemy, ze chyba jednak nie polubimy tego kraju. Coz za urocze wakacje!

A potem nagle cos sie zmienia.
Wracamy i na placyku niedaleko domu spotykamy widzeja, jak zwykle na pogaduszkach z kumplami. Prowadzi nas do domu swojego przyjaciela, a właściwie przyjaciela niezyjącego pradziadka Wijaya. Jesteśmy poczęstowani herbatką (kobiety pracuja, starszy pan siedzi na polowce drewnianej), atmosfera sielska, nikt nie patrzy na nas lapczywie, nikt o nic nie pyta, ptaszki spiewaja, totalnie sie relaksujemy.

Kupujemy torebke roznych cukierkow i zadowoleni ruszamy na spacer po innej czesci wioski. Zaczepiaja nas starsze kobiety i usmiechaja sie przyjaznie, cos mowia glosno i energicznie, nie rozumiemy sie, ale jest milo. Przejmuje nas mloda przesympatyczna dziewczyna mowiaca troche po angielsku i zaprasza do siebie na herbatke. Obsiada nas cala rodzinka. Dziewczyna ma na imię Neelam i okazuje sie, ze jest siostrą Rakesha, który na prośbę naszego Widżeja zaprowadzi nas dzisiaj do lokalnej świątyni Sziwy. Jest przeuroczo. Zapraszaja nas na wieczor na obiad Divali.

Ruszamy po kolejne cukierki, idzie za nami procesja dzieci, mlody chlopak zaprasza do siebie tak dlugo (beautiful flowers! - przekonuje) az dajemy sie namowic odprowadzani przez powiekszajaca sie procesje dzieciakow. Rafal rozdaje im cukierki. Dom chlopaka wyglada lepiej niz te, które oglądaliśmy dotychczas. Ponownie cała rodzina zasiada z nami i pomimo, że trudno nam się porozumieć (nawet nasz nowy kolega praktycznie nie mówi po angielsku), znów jest miło. Otrzymujemy kolejne zaproszenie na Divali.

Ruszamy z Rakeshem i naszym nowym kolegą do świątyni. Wędrówka zajmuje nam jakieś pół godziny, idziemy przez wąwozy i łąki. Świątynia jest niewielka, ale ważna dla lokalnych wiernych. Zostawiamy tam Rakesha, który przyszedł tu, aby posprzątać świątynię na Divali (okazuje się, że o miejsce to dbają tylko i wyłącznie mieszkańcy wioski) i z nowym kolegą udajemy się dalej nad wielkie jezioro. Jest teraz wyschnięte, widać gdzieniegdzie resztki wody, służy teraz jako pastwisko dla mułów. Po drodze mamy okazję skosztować owocu opuncji, śmieszne doświadczenie :).

Wieczór Divali! Jest to święto zwiastujące nadejście nowego roku. Święto światła, które zwycięża nad ciemnością, jak dobro nad złem. Anita z teściową i dzieciakami przygotowuje dom do święta. W jednym z pokoji przygtowuje coś w rodzaju ołtarzyka na ziemi, gdzie kładzie artykuły spożywcze oraz mnóstwo lampek oliwnych z wypalanej gliny. Od ołtarzyka prowadzi na zewnątrz na podwórko namalowana białą farbą "ścieżka" ozdobiona licznymi ornamentami i zawijasami. Na jej końcu, już na podwórku namalowana została, nazwijmy to, baza, gdzie odbyło się coś, co najbardziej kojarzyło nam się z poświęceniem owego pokarmu, gdy został już zabrany z ołtarzyka. Zostaliśmy poproszeni o wzięcie udziału w obrzędach. Kilkukrotnie okrążaliśmy "bazę", przy każdym okrążeniu dotykając ziemi przy pokarmie.

Potem się zaczęła kanonada fajerwerków. Szał i obłęd, częstotliwość jak u nas w Sylwestra, tyle, że nasze sylwestrowe fajerwerki to wielkie sztuczne ognie, tutaj był to dużo "delikatniejszy sprzęt", ale budził takie same emocje zwłaszcza u dzieciaków.

Dzień zakończył się kolacją w kuchni. Jest to jedyne miejsce do spożywania posiłków. Siedzi się (lub kuca) na ziemi przy palenisku i konsumuje. Jest ciepło, przytulnie i rodzinnie, a że obrazek rodem ze wsi polskiej z XIX wieku? To tylko dodawało uroku temu wieczorowi...



(Monika)

Brak komentarzy: