czwartek, 15 listopada 2007

10 listopada - Gheori

Rano po sniadanku przychodza goscie, a wszyscy chyba glownie po to, aby nas zobaczyc. Niezliczona dzieciarnia, dwoch staruszkow, energiczna sasiadka w sile wieku. Padaja standardowe pytania: co robimy w Polsce, czy podoba nam sie w Indiach oraz najwazniejsze - czy jestesmy malzenstwem? Wielkie zdziwienie wywołuje takze fakt, ze ja, czyli kobieta, palę i piję alkohol! Przeciez to szkodzi! Nie mozna im odmówić racji :)

Tego dnia w wiosce wielkie wydarzenie: wesele jednego z mieszkańców. A właściwie jedna jego część, bo weselicho w Indiach trwa trzy dni, jest podzielone na rozne etapy, które odbywają się w roznych miejscach (częściowo w wiosce pana młodego, częściowo u panny młodej). A spotykają się zdaje się, ze dopiero trzeciego dnia.

O określonej godzinie całe rodziny z wioski udały się do domu, gdzie przyjmował pan młody. Najpierw goście wręczali podarki, potem wszyscy udaliśmy się na poczęstunek. Choć pod jednym zadaszeniem, kobiety siedziały w rzędach oddzielnie, mężczyźni oddzielnie. Siedzi się na ziemi. Serwis w wykonaniu rodziny i przyjaciół pana młodego jak mniemam. Najpierw przed każdym
ustawiono talerz z zasuszonych liści kapustopodobnych (podobno to liście banana, ale jakoś nie wyglądały na bananowca). Potem metalowe kubki. Potem hurtem każdemu nasypano z wielkiej misy (ręką) porcję ryżu. Można było zażyczyć sobie mniej lub więcej. Potem hurtem dodatki: dahl, warzywka, sosiki. Wegetariańsko oczywiście. Na koniec woda do kubka (do mycia rąk). Sztućców nie było. Nawet jeśli ktoś przez cały pobyt w Indiach wzbraniał się przed jedzeniem ręką, teraz nie miał wyjścia:). Je się oczywiście prawą ręką, lewa jest przeznaczona do czynności brudnych i, nazwijmy to, uwłaczających (w Indiach nie używa się papieru toaletowego, tylko wody i lewej ręki). Po posiłku chętni (czyli prawie wszyscy oprócz nas) otrzymują drugi talerz kapuściany i dokładkę do domu. Całość trwa godzinę.

Pojawienie się białych gości wzbudziło niezmiennie spore zainteresowanie. Wynajęty kamerzysta długo filmował nas zamiast pana młodego i gości :). Ogólnie było to dla nas jedno z ciekawszych doświadczeń.

Na dodatek Anita ubrała mnie w swój strój, żebym się nie wyróżniała wśród hinduskich kobiet. Było to bardzo miłe.
Uwaga do stroju: nieprawdą jest, że tradycyjnym codziennym strojem hinduskiej kobiety jest sari, jak dotychczas sądziłam. Kobiety noszą tu trzyczęściowy strój składający się z szerokich, zwężających się na łydkach spodni, długiej tuniki i szerokiego szla nakładanego także na głowę. Czytałam, że się to nazywa salvar kamee, ale kiedy pytałam naszego Widzeja o nazwę, mówił "This is a suit" :).

Po weselu udaliśmy się z Widżejem, Anitą i ich synkami w odwiedziny do jednej z jego sióstr na święto braci i sióstr. Polega ono na tym, że brat obdarowuje swoje siostry rytualnym pakiecikiem (połówka kokosa, bransolety) oraz wręcza im pieniądze "na nowy strój" - około 500 rupii jak mówił. W drodze powrotnej jechaliśmy w wariackim tempie przez totalnie ciemne, kręte drogi i śpiewaliśmy hinduskie piosenki, których usiłował nas nauczyć starszy syn Widżeja - Aman :)

(Monika)

Brak komentarzy: