Rano udajemy się w odwiedziny do naszych ulubionych sąsiadów - Rakesza i jego całej rodziny. Jest święto braci i sióstr, więc poddani jesteśmy typowym dla tego święta rytuałom: siostra Rakesza Nealam ozdabia nasze czoła rytualną kropką z czerwonego proszku (dostaliśmy pokaźny jego zapasik do domu) oraz częstuje nas jakimś słodkim, hinduskim ciastkiem. My czynimy potem to samo. Wczoraj będąc z wizytą u siostry Widzeja, nie zaobserwowaliśmy takiego rytuału, byliśmy natomiast świadkami, jak zastanawiał się na boku z zona, czy dać 400 czy 500 rupii?
Atmosfera "u Rakeszów" jest fantastyczna, pełna ciepła. Przyglądamy się życiu tych ludzi, koncentrującym się na niewielkim dziedzińcu otoczonym betonowym murem: patrzymy jak Nealam myje ze szwagierką jej małego synka. Nealam w dowód swojej serdeczności wykonuje na mojej dłoni i ręce prawie do łokcia piękną aplikację z henny, którą muszę trzymać 2 godziny. Nakładanie henny trwa jakąś godzinę, może więcej, "mehendi" wywołuje duże zainteresowanie wśród kolejno napotkanych kobiet. Dopiero w Warszawie będzie mi dane dowiedzieć się, dlaczego. Ręczne nakładanie "mehendi" to rzadkość zarezerwowana na wielkie okazje, na przykład na wesele! Normalnie w sprzedaży dostępne są szablony, które klei się do wnętrza dłoni, a potem pokrywa pastą przygotowaną z torebki.
Żegnamy się z żalem, bo przypuszczamy, że już ich nigdy nie zobaczymy. Wyjeżdżamy bowiem za chwilę z Widżejem, Anitą i dzieciakami do rodziców Anity a potem ruszamy w dalszą drogę. Przed wyjazdem uczestniczymy w tym samym rytuale (święto braci i sióstr) w domu Widżeja. Przyjechały bowiem jego dwie pozostałe siostry.
Przed wyjazdem Widżej i Anita proszą mnie, abym do rodziców Anity pojechała w tym samym salvar kamee pożyczonym mi przez nią na wesele. Wyczułam, że będzie to wyraz szacunku wobec jej rodziców i że chyba nie podobają im się moje kreacje typu bluza polarowa i czerwone sportowe spodenki :).
Rodzice Anity mieszkają w wiosce oddalonej o niecałą godzinę jazdy. Po drodze zatrzymujemy się w malowniczej okolicy na piknik i raczymy się wszyscy najwspanialszą chyba potrawą, jaką zdarzyło nam się skosztować w Indiach: pikantną, smażoną rybą, kupioną po drodze, zawiniętą rzecz jasna w gazetę :).
Rodzina Anity wita nas jak wszyscy ostatnio: z wielkim szacunkiem i zainteresowaniem. Kobiety jak zawsze siedzą na plecionym łóżku, mężczyźni i ja - na krzesłach. Staram się jak mogę wymigiwać się od takich przywilejów, skądinąd objawów szacunku, kontrastujących z prawami innych kobiet i kiedy tylko mogę, siadam z innymi kobietami na "plecionce", mówiąc, że mi tu wygodniej.
Z honorami wita nas także pan domu - ojciec Anity, starszy, chudy i zywotny pan z włosami ufarbowanymi na rudo... Widzieliśmy juz takie fryzury u męzczyzn w Rajastanie, sądziliśmy, ze to taka "wielkomiejska ekstrawagancja". Widzej nam później wyjaśnił, ze to po prostu zabieg mający na celu pokrycie siwizny. Ale czemu właśnie na rudo? Tego się juz nie dowiedzieliśmy... :). Ojciec rodziny, w porównaniu z resztą domowników (a było tam z 8 osób) nieźle mówi po angielsku i trochę porozmawialiśmy o róznicach między Polską a Indiami. Temat rzeka ... :).
Generalnie w tych wszystkich wioskach, domach, które odwiedziliśmy, rzadko spotykamy kogoś, z kim mozna się porozumieć w języku angielskim. Najczęściej Widzej jest naszym tłumaczem, Anita czasem pomoze, ale ona tez zna tylko kilka podstawowych słów. Okazuje się jednak, ze zawsze mozna się porozumieć i to przy uzyciu najrózniejszych metod....
Udajemy się nad rzekę. Towarzyszy nam Paven - brat Anity z zespołem Downa. Z nim tez trudno się z porozumieć (nie rozmawia nawet z własną rodziną, jedynie siedzi i potakuje albo i nie), a jednak znajdujemy jakoś wspólny język. Bezbłędnie prowadzi nas do najpiękniejszych miejsc nad rzeką i pokazuje "atrakcje" - a to dziurę w ziemi, a to listek na drzewie, a to kawałek papieru porzucony na trawie... Rzeka jest obecnie w dużej mierze wyschnięta, jest jednak piękna. Płynie w czymś w rodzaju kanionu, wąwozu, dookola mnóstwo szarych, bardzo miękkich skał, trochę roślinności.
Wracamy po ciemku i kładziemy się spać. W tej części naszego wyjazdu kładziemy się spać o wiele wcześniej niż zwykle - już około 21.00 - 22.00. Przyjęliśmy jakiś inny rytm - może to efekt codziennych nowych doznań, a może odkryliśmy niechcący prawdziwy rytm naszego zegara biologicznego...?
czwartek, 15 listopada 2007
11 listopada - Gheori i w domu u rodziców Anity
Autor:
Rafał
o
16:15
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz