Rano żegnani przez całą resztę rodziny ruszamy do "domu" czyli do Giauri, do wioski Widżeja. Przed wyjazdem pani domu czyli matka Anity wręcza mi taki sam pakiecik, jaki hindusi wręczają sobie na święto sióstr i braci - połówkę kokosa, ozdobną chusteczkę, kilka bransoletek, naklejane na czoło łezki i 10 rupii. Urocze.
Z Giauri ruszamy do miasta Amritsar. Oprócz Widżeja, jedzie z nami także Anita. Około 2-3 godzin jazdy. Amritsar jest dużym, zatłoczonym i zakurzonym miastem. Mało urokliwe ale kryje w sobie cenną Golden Temple, którą mamy odwiedzić jeszcze dziś wieczorem - podobno o tej porze jest cudownie oświetlona i o wiele bardziej atrakcyjna niż za dnia.
Jak informuje przewodnik.onet.pl, "Amritsar jest głównym miastem regionu Pendżab i najważniejszym ośrodkiem kultu religijnego sikhów. Nazwa miasta oznacza 'staw wypełniony nektarem'
Znalezienie hotelu, w którym będzie nam miło (trochę się rozpuściliśmy w Rajastanie, gdzie hotele mają charakter pałaców Maharadżów), nie jest proste. Decydujemy się na hotel Gopal Ji (nowy, nie ma go nawet w Lonely). Średni, ale w naszym budżecie. Nie ma restauracji, ani żadnego innego miejsca, które pozwoli uniknąć spędzenia wieczoru w pokoju, decydujemy się więc na ten hotel pod warunkiem, że obsługa zorganizuje nam na dachu prywatną restaurację. Tak też się stało :).
Wieczorem rikszą rowerową ruszamy w kierunku Golden Temple. Widżej i Anita towarzyszą nam na początku, wprowadzają do świątyni, chwilę zostają, potem nas opuszczają. Przed wejściem do świątyni trzeba zdjąć obuwie i zakryć głowę (także mężczyźni).
Świątynia jest piękna, ma niesamowity klimat. Oświetlona jeszcze świątecznie (po Divali), z samej świątyni usytuowanej na środku jeziorka (choć bardziej przypomina ono sztuczny akwen o kwadratowej "linii brzegowej") rozlegają się tradycyjne pieśni religijne.
Jezioro otoczone jest z czterech stron krużgankami, wszystko wykonane jest z białego marmuru. Mnóstwo ludzi, ogromna ilość Sikhów (można ich poznać po charakterystycznych turbanach na głowach, chroniących ich podobno bardzo długie i nieścinane od lat włosy), niewielu białych turystów. Ciekawe, często nachalne spojrzenia mężczyzn krępują, dobrze, że mam zakrytą głowę, długą spódnicę i zakryte ramiona.
Sanktuarium na jeziorze jest niewielkie, a przez to kameralne i urocze. Budynek jest dwupoziomowy, ściany ozdobione dekoracjami w stylu pietra dura (tak jak w Taj Mahal). W środku ludzie, w tym biali, siedzą pod ścianami i w niszach okiennych, zatopieni w medytacji lub w lekturze.
Wracamy rikszą, riksiarz błądzi, pod hotelem dajemy mu 2 razy tyle, niż się umówiliśmy, a mimo to riksiarz wyciąga rękę po więcej. Ech..
"Prywatna restauracja" to strzał w dziesiątkę. Na dachu, gdzie nie ma nic oprócz wielkich wentylatorów i przerażonego gekona, ustawiono dla nas mały stoliczek i 2 krzesła, zaserwowano nam tosty i napoje a my do tego dołożyliśmy resztkę warszawskiej wódki (ostrożności nigdy za wiele:) oraz warszawskie świeczki. I było gites :).
czwartek, 15 listopada 2007
13 listopada - Amritsar
Autor:
Rafał
o
16:16
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz