Amritsar. Rano pełna dyscyplina: pobudka o 7:00, śniadanie 0 7:30, a o 8:00 wycieczka rikszą rowerową w pobliże Golden Temple, do Jallianwala Bagh, małego parku upamiętniającego rzeź autorstwa Brytyjczyków na ponad 2000 hindusów i muzułmanów w 1919 roku. Spokojne, wyciszone miejsce, przynajmniej o tej godzinie.
W drodze powrotnej do hotelu powtarza się numer z pierwszego dnia w Delhi: riksiarz trochę błądzi, postanawiamy mu zapłacić więcej niż ustalone 20 rupii, co oczywiście się spotyka z żądaniem jeszcze większej sumy. Odchodzimy bez słowa.
Widżej twierdzi, że błądzenie riksiarzy jest często zabiegiem celowym mającym się zakończyć wyciągnięciem ręki po więcej kasy.
Ruszamy w kierunku Dharamshala / McLeod Ganj. Podróż zajmuje nam okolo 3-4 godzin. Przejeżdżamy między innymi przez Pathankot Military Station, gdzie mijamy z boku rzecz jasna, przejście graniczne z Pakistanem. Jest też przygoda. Z powodu jakiejś usterki, nie można przejechać przez most, jedyną alternatywą jest przebycie niemal wpław wyschniętej w większości (ale jednak nie całkiem) rzeki z kamienistym dnem. Nasz wysłużony Ambasador, nie bez obaw Widżeja, staje się na te kilkanaście emocjonujących minut amfibią:). Mieliśmy szczęscie, 2 miesiące wcześniej w porze monsunowej, nie uszło by to nam na sucho :).
Ostatni etap podróży to kręte i wąskie serpentyny, nasz cel znajduje się przecież na wysokości 1770 m n.p.m.
Robi się coraz chłodniej i coraz piękniej. Cudowne szczyty Himalajów nad nami i budzące grozę przepaście pod nami - a to wszysto w świetle zachodzącego słońca. Cieszymy się coraz bardziej, choć robi nam (mi) się też coraz bardziej niedobrze, jazda po serpentynach w tempie Widżeja mi nie służy.
Dojeżdżamy do McLeod i znajdujemy się nagle w innym świecie. Małe miasteczko górskie, pełne Tybetańczyków (od razu można ich odróżnić po bardziej "azjatyckich" rysach), wszystkie wąskie ulice prowadzą tylko ostro w górę lub w dół, wąskie zaułki, wszystko jest jakby pomniejszone, zwężone, a w tle Himalaje, jest jakieś 15 stopni w skali Celsjusza. Mnóstwo ludzi, białych turystów (nie widać dużych grup, sami indywidualni), jest jakby czyściej, spokojniej, jakiś inny kraj to chyba?
Lądujemy w wybranym przez siebie India Hotel, gdzie płacimy 650 rupii za pokój. Cena wywieszona w eleganckim holu wynosi 1300 rupii ale natychmiast na nasze "ojej" otrzymujemy 50% rabatu :). A hotel i pokój są najlepszymi z tych, które widzieliśmy przez całe 3 tygodnie pobytu w Indiach: czysty, jasny, uroczy z wielkimi oknami w wąskim korytarzu, w pokoju czysto, drewniane (!) ściany, wielkie okna (!) z widokiem na Himalaje (!) i ciepłe, boczne oświetlenie (!), łazienka piękna i czysta z ciepłą wodą (!). Nie możemy w to wszystko uwierzyć:). Mamy tu spędzić 2 dni, ma to być nasz odpoczynek od trudów pustynnych i zaczadziałych od smogu Indii. I wygląda na to, że tak się własnie stanie.
Wieczorem w polarach i długich spodniach użytych po raz pierwszy od wyjścia z samolotu w dniu przylotu, ruszamy na miasto. Szał zakupów (po raz pierwszy święty spokój, nikt nie nagabuje), kolacja w restauracji włoskiej (Kokonor naprzeciwko naszego hotelu) i przyjemna rozmowa z tubylcem. Jest cudownie.
Na tablicy ogłoszeń czytamy, że w McLeod dużo się dzieje, mnóstwo knajpek zaprasza na djembe sessions, naukę śpiewu, koncerty muzyki hinduskiej i tybetańskiej. Powtarzam: jest cudownie.
(Monika)
czwartek, 15 listopada 2007
14 listopada - Amritsar i droga do Dharamshala / McLeod Ganj
Autor:
Rafał
o
16:17
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
2 komentarze:
logi czekają :D
Pozdrawia
BOLO
ps.
Dobrze że napisałeś bo myśleliśmy że cię już Ci hidusi wywieźli gdzieś.
uff jak dobrze, ze piszecie! :) czytam sobie po trochu pomiedzy podawaniem Ali cyca, w zmienianiem pieluchy ;)
Prześlij komentarz