W planie caly dzien w Jaipur. Po 9:00
ruszamy samochodem do fortu Amber polozonego kilkanascie km za miastem. Po drodze przez szybe samochodu patrzymy na Pink City - centrum Jaipuru nazwane tak od koloru scian budynkow. Wedlug mnie nazwa Pink City jest nieco na wyrost - dominuje raczej kolor ceglasto-pomaranczowy. Mijamy tez wyczekiwany przeze mnie Palac Wiatrow, niestety zasloniety bambusowymi rusztowaniami.
Jedna z atrakcji fortu Amber jest kilkunastuminutowa przejazdzka na sloniu zakonczona triumfalnym wjazdem na dziedziniec fortu. Cena za slonia (a na sloniu max. 2 osoby), ustalona przez rzad to 550 rupii. Nasz slon zachowywal sie dosc krnabrnie i pan kierowca dzgal go niemilosiernie jakims stalowym hakiem czy rylcem. Przykry widok a do tego nasza obawa, ze spadniemy. A do tego kierowca odwraca sie do nas i wyciagajac reke mowi, ze "elephant needs more money"! Udalismy, ze nie zrozumielismy, ostatecznie na koniec dalismy tipa. Generalnie atrakcja to raczej srednia, po drodze sprzedawcy, fotografowie, standard, ale warto przezyc nowe doswiadczenie.
Sam fort jest o tyle ciekawy, ze w duzej mierze mozna sobie lazic samopas i w ciszy po korytarzach i zakamarkach, bez towarzystwa naganiaczy, przewodnikow, sprzedawcow etc. Ale nie dorownuje pieknem, rozmachem czy nawet poziomem obslugi turystow fortom w Jodhpur, Jaisalmer czy nawet w Bikanerze.
Powrot juz bez slonia, po drodze cwiczymy rozne metody odmowy sprzedawcom, miedzy innymi spiewamy czerwone maki na monte cassino lub skandujemy po polsku "nie-chce-my-pocz-to-wek. Chyba dziala.
W ramach entrance Widzej wiezie nas do fabryki jedwabnych dywanow.
Jedziemy do kolejnego fortu a moze to inna czesc tego samego fortu, gdzie ogladamy wielkie dzialo z 1720 roku, uzyte tylko raz. Nie mamy juz sily zapamietywac nazw i innych waznych danych - nie wiem co to bylo za miejsce i o co w nim chodzilo oprocz wielkiego dziala :).
Zaczynamy tournee po sklepach w ramach entrance dla Widzeja. 2 sklepy z ciuchami, ceny w porzadku ale jakosc i wybor nijakie. Widzej znajduje dla Rafala sklep z instrumentami, nabywamy beben tzw. tabla. Zakup odbywa sie we wspanialej atmosferze, wlasciciel sklepu, jego pomocnicy i Rafal daja koncert na 8 rak, jest massala czaj i przyjacielska rozmowa biznesowa, w ramach ktorej Rafal nabywa table za 1500 rupii wraz z dotargowana plytka mp3 Nusratu. Wizyta w tym sklepie poprawia na chwile wizerunek Hindusow w naszych oczach. Ale tylko na chwile.
Ladujemy w Jaipur Mall - ekskluzywnym i zionacym pustka wielopietrowym domu handlowym, gdzie w ramach entrance Widzeja mamy popatrzec i pojsc sobie. Ceny bardzo wysokie, towary dosc ekskluzywne. Prowadzi nas hinduska hostessa w stroju calkowicie europejskim, kolejne sklepy otwiera nam jeden i ten sam mlody, obrotny mlodzieniec w stroju i o manierach takze zblizonych do europejskich i probuje na nas stosowac wszystkie znane mu tricki handlowe, miedzy innymi twierdzac, ze wygladamy jak Niemcy, a tak sie sklada, ze jego girlfriend jest Niemka, a takze twierdzac, ze odgaduje moje mysli i wie, ktore ciuchy mi sie podobaja. Widzac, ze nie namowi nas na stroje hinduskie, prowadzi desperacko do Pepe Jeans, wie, ze znamy ten sklep z Polski ale tu jest taniej! Udaje, ze znowu mi niedobrze i opuszczamy ten smutny przybytek.
"Entrensy" Widzeja zaczynaja nas meczyc, ale slowo sie rzeklo, obiecalismy jeszcze sklep z bizuteria wiec jedziemy. Jak zwykle na miejscu dowiadujemy sie od wlasciciela, ze nikt tu nas nie bedzie naciskal i ze rozumie jesli popatrzymy sobie dla ciekawosci i jak zwykle kiedy odmawiamy zakupu, spotykamy sie z niechecia lub irytacja.
Przestaje nas juz to ruszac.
Wracamy do hotelu, po drodze smetne spojrzenie na Palac Wiatrow i na zamkniety juz City Palace.
W hotelu mala niespodzianka - na jedzenie bedziemy czekac 2 godziny bo po kurczaka to oni musza isc na targ. Konsumujemy zatem w hotelu obok. (Monika)
czwartek, 15 listopada 2007
5 listopada - Jaipur
Autor:
Rafał
o
16:11
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz