piątek, 2 listopada 2007

4 listopada - Pushkar - Jaipur

Poranek w Pushkar! Czujemy sie prawie jak w domu-noc przespana bez szumu wentylatora, przy otwartych oknach, w pokoju jest powietrze i normalna temperatura. A za oknem sielanka: widok na gory i pola, cisza i spokoj. Zdecydowanie klimat sie zmienil.
Idziemy z miejscowym guidem na zwiedzanie Pushkaru i poddanie sie pudży, czyli rytualnej modlitwie za pomyslnosc nasza i naszych rodzin. Pushkar to specyficzne miasto, Hindusi mowia o nim Holy City. Jest to osrodek kultu Brahmy. Oficjalnie nie sprzedaje sie tu alkoholu, miesa i jajek, nie powinno sie tez okazywac publicznie uczuc i nalezy sie stosownie ubrac. Nieoficjnie jest to enklawa amatorow narkotykow, szczegolnie podobno mlodych Izraelitow, ktorzy calymi grupami wynajmuja tu pokoje na miesiac i blogo spedzaja czas. Widzej mowi o nich crazy, a u niego to oznacza czesto, ze moga sie tu odbywac niezle jatki :). Nasz wczorajszy wieczor z rumem pitym za przyzwoleniem wlasciciela hotelu tez potwierdza istnienie nieoficjalnej strony Pushkaru.
Pushkar jest malym miastem, mniej tu jakby naganiaczy, handlarzy, mniejszy ruch, wiecej milych, spokojnych zakamarkow no i swiete jezioro. Na moje pytanie o nazwe geograficzna jeziora uslyszalam: Holy Lake :).
Pushkar jest jeszcze znany z miedzynarodowych targow wielbladow, ktore na szczescie dla nas zaczynaja sie dopiero za 2 tygodnie.
Najpierw obejrzelismy swiatynie Brahmy. Setki Hindusow pielgrzymujach do swietego posazka, jedna glowna swiatynia i kilka malych, dzwiek dzwonow uderzanych raz po raz przez wiernych "for good luck". W Indiach wszystko jest "for good luck", w tym takze moj ulubiony bog Ganesha zawieszany nad wejsciem do domu czy malowany na scianach domow przy okazji urodzenia sie dziecka. Na terenie swiatyni jest glosno, brudno i tloczno, ale wyczuwa sie jednoczesnie atmosfere swietosci, waznego miejsca. Taka mala Czestochowa. Sama swiatynia jest ciekawa dzieki swojemu intensywnemu rudemu kolorowi.
W drodze do swietego jeziora guide opowiedzial nam o Sadhu people, ludziach, ktorzy nie maja rodzin, zycie w ascezie w gorach, o 4 rano obmywaja sie rytualnie w rzece za swiatynia, o 5 rano przychodza do swiatyni na specjalny obrzadek, nie rozmawiaja raczej z ludzmi, zyja z tego, co im ludzie dadza. Wygladaja troche jak aborygeni. W miescie mozna tez spotkac falszywych Sadhu, naciagajacych turystow na kase np. za zrobienie im zdjecia:).
Holy Lake spelnia miedzy innymi te sama funkcje co Ganges w Varanasi: wrzuca sie do niego prochy zmarlych Hindusow. W tej samej wodzie obmylismy dlonie w ramach pudzy, ale co zrobic.
Pudza. Guide wyraznie mowi, ze za pudze wrecza sie datek co laska, tyle ile chcemy, przeciez naszej pomyslnosci nie da sie przeliczyc na pieniadze. Oczywiscie, swiete slowa. Przejmuje nas pudza man :), o ile dobrze zrozumialam, pudze odprawiaja brahmini, a wiec nasz brahmin ma na imie Dipu i wyglada jak gwiazdor z Bollywoodzkiego filmu z lat 60-ych. Jego wyglad i nazwijmy to - czarujacy sposob bycia sprawiaja, ze caly ten rytual staje sie dla mnie groteska, zupelnie mi niepotrzebna. Czuje komercje w kazdym calu a do tego wisienka na tort: Dipu "w ramach rytualu" odciaga Rafala na bok i usiluje ustalic z nim wysokosc datku. Przywoluje po jakims czasie i mnie i ponawia pytanie (choc rytual jeszcze sie nie skonczyl), dowiaduje sie w koncu, ze zamierzamy dac mu 100 rupii. Negocjuje: inni daja wiecej a Polacy daja po 20 euro. Nie zraza go nasze przypomnienie, ze w Polsce jeszcze nie ma euro. Nalega. Nie ustepujemy. Wkurza sie. Z niechecia kaze nam wrzucic trzymane przez nas kwiatki do wody (miejmy nadzieje, ze tak wyglada zakonczenie pudzy), odchodzi, zbieramy sie, wraca, przypomina, ze inni daja wiecej. Dajemy mu jeszcze 40 rupii i zniesmaczeni odchodzimy.
Usilujemy zrozumiec Indie. Ze ludzie sa tu biedni i ze od malego musza walczyc o przetrwanie kazdego dnia. Nie wiem jednak czy uda nam sie z pogodna twarza przyjac wszystkie te sytuacje, z jakimi mamy tu na co dzien do czynienia.
Na koniec pudzy dostalismy na reke kolorowy sznureczek - "paszport Pushkaru", dzieki ktoremu mamy nie byc juz nagabywani przez innych pudzamenow brahminow. Szczerze mowiac i tak nie widzialam innych poza Dipu, a podobno mialo ich byc zatrzesienie w calym miescie.
Jedziemy dalej do stolicy Rajastanu - Jaipuru. Duze miasto, widac nawet nowoczesne biurowce. Jest tez sygnalizacja swietlna na niektorych skrzyzowaniach. Zauwazam, ze witamy z radoscia kazdy objaw cywilizacji przypominajacej nasza - cieszymy sie na widok bialych turystow, biurowcow i sygnalizacji swietlnej. A przeciez nie po to jechalismy do Indii?
W Jaipur zatrzymujemy sie w milym hotelu wskazanym przez Widzeja - Ashirvad Guest House. Z milym patio udekorowanym licznymi kwiatami w doniczkach. Kwiatami opiekuje sie zona wlasciciela hotelu, okolo 50-letnia Hinduska w sari z pieknymi, swobodnie rozpuszczonymi, kruczoczarnymi wlosami. Powitala nas majestatycznie i uciela nawet krotka pogawedke na temat krotona, draceny i trzykrotki.
Wieczorem zwiedzamy swiatynie Lakshmi ufundowana przez niejakiego Birle. Piekna, marmurowa budowla, w srodku plaskorzezby przedstawiajace sceny z zycia Krishny, Ramy, guru etc. Bardzo przyjemne i ciekawe, a przy okazji czyste miejsce.
Na ulicach bardzo czesto spotykamy rowniutko poukladane i suszace sie plaskie krowie placki. Pytamy czy to sluzy tylko do nawozu i dowiadujemy sie, ze nie tylko - takze jako podpalka przy opiekaniu ciabbaty.Wieczor spedzamy na patio w towarzystwie Widzeja, komarow i rumu z cola i poznajemy ciekawe szczegoly stosunkow rodzinnych naszego opiekuna. Rozmawiamy tez o prowizjach i giftach, ktore otrzymuje kazdy kierowca, przewodnik czy naganiacz. Jest to 5% wiec przy naszych wydatkach Widzej szczegolnie nie zarobi. Bardziej zalezy mu wiec na entrance czyli na naszych wejsciach do sklepow, dzieki ktorym dostanie chociaz jakies gifty dla dzieci na swieta. Umawiamy sie wiec, ze jutro wejdziemy takze do kilku sklepow w ramach zwiedzania miasta. (Monika)

Brak komentarzy: