Poranek w McLeod. Łazimy po nieobejrzanych przez nas wcześniej uliczkach. Zwiedzamy piekną, wielobarwnie zdobioną świątynię tybetańską ukrytą w środku miasta. Oczywiście kusimy sie na kolejne zakupy. A punktualnie o 12:00 stawiamy się z plecakami na głównym placu McLeod czyli na "bus stand", skąd ma nas odebrać Widzej. Spóźnia się 50 minut, rzucamy ostatnie spojrzenie na przepiękne Himalaje i ruszamy zjeżdżając w wariackim tempie po ostrych serpentynach do "domu" czyli z powrotem do wioski Widżeja. W prostej linii to tylko 50 km, ale zajmują nam one 2 godziny.
Widżej jest znowu szalenie miły. Zatrzymuje się z nami na herbatkę u swojego kolejnego szwagra, gdzie jak zwykle rodzina przypatruje nam się uważnie ale z uśmiechem i zadaje Widżejowi mnóstwo pytań na nasz temat, wśród ktorych króluje rzecz jasna pytanie czy jesteśmy małżeństwem... :)
I znowu jesteśmy w Giuri, gdzie naprawdę czujemy się, jakbyśmy wrócili do domu. Wieczorem Widżej lekko nas zestresował, bo zniknął z kolegami i na rauszu wydzwaniał do swojej żony i prosił mnie do telefonu i wyjaśniał coś. Zapytałam, czy jest pewny, że jutro ruszymy o planowanej 4 rano i czy na pewno dojedziemy cali. Zapewniał, że tak. Znużeni tymi ciągłymi niespodziankami z jego strony, zamknęliśmy się w naszym pokoju, ale nie na długo, bo zaraz weszła do niego delegacja: Rakesz (nasz ulubiony sąsiad i przewodnik do świątyni Sziwa) wraz z rodziną: panem doktorem "specjalizacji ogólnej" jak się sam określil, jego żoną i ich małą córeczką. Po prostu weszli, przywitali się, zasiedli i zapadła cisza. Potem padło między innymi słynne pytanie "Which country you belong?" :). Jako "gospodarze" zagadywaliśmy jak umieliśmy, w końcu sytuację uratowała roczna córeczka lekarza: wykonywała nieprawdopodobne ćwiczenia gimnastyczne na łóżku i strasznie płakała i wierzgała nóżkami, kiedy miała nas opuścić :). Potem dopiero nam powiedziano, że podobno nasi goście dowiedzieli się, iż u Widżeja są jacyś Europejczycy, którzy pracują w banku i koniecznie chcieli nas poznać :).
Cenna rzecz: nauczyłam się przyrządzać moją ulubioną pakorę, czyli warzywka w cieście smażone na głębokim oleju. Przepis jest prosty: ciasto z mąki i wody zmieszane z pokrojonymi warzywami (kalafior, gotowane ziemniaki, sałata lub szpinak?, pomidor, cebula) oraz z mieszanką ugniecionych przypraw (massala, dahl, dżira, chili, sól). Na rozgrzany olej wrzuca się potem kulkę wykonaną z tej całej mieszanki i powstają takie a'la racuchy. Przecudowne.
Widżej pojawił się po jakimś czasie i uspokoił nas, że jemu wystarczy godzina snu i jest "fresh", a na koniec udobruchał nas wspólnym, rodzinnym posiłkiem w kuchni.
czwartek, 15 listopada 2007
16 listopada - Dharamshala / McLeod Ganj i znowu Gheori
Autor:
Rafał
o
16:18
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz