czwartek, 15 listopada 2007

17 listopada - Delhi

Wbrew naszym obawom udaje nam sie wyruszyc w drogę parę minut po po 4:00. Ciemno, zimno, kręte serpentyny a na dodatek, po godzinie jazdy droga zatarasowana przez przewróconą ciężarówkę. Widok lekko mrożący krew w żyłach. Widzej wysiada i dowiaduje się od innych kierowców, jak objechać zablokowany odcinek. Pytam, czy na pewno w tej ciężarówce nikogo nie ma. Wzrusza ramionami, stwierdza, że nie wie i rusza w dalszą drogę...

Do Delhi dojeżdżamy z 2-godzinnym spóźnieniem (chociaż objazd zajął nam jedynie pół godziny dłużej). Małe niedoszacowanie czasu podróży? :)
W drodze do centrum mamy okazję przyjrzeć się reakcji kierowców na nadjeżdżający ambulans na sygnale. Nikt się nie ruszył! Kierowca ambulansu także miał niewzruszoną minę.

Docieramy do Raj Ghat - rozległego, ładnie utrzymanego parku, gdzie zostały spalone zwłoki Mahatmy Gandhiego. Fakt ten upamiętnia czarna płyta, do której można podejść tylko bez butów, jak w świątyni. Przybywają tu liczne grupy całych rodzin hinduskich, wycieczki szkolne - ważne i popularne miejsce.
Po długim odpoczynku od wielkiego miasta i specyficznego zachowania mieszkańców, znowu stajemy się obiektem ciekawych spojrzeń i zaczepek. Stwierdzamy z przykrością, że nie mamy już nawet ochoty odwzajemniać przyjaznych pozdrowień dziesiątek dzieci, które mijają nas gesiego, powtarzając niezmordowanie: "Hello, what's your name?" i tradycyjne "Which country you belong?". Zaczepia nas też dwóch młodych chłopców, którzy bez cienia uśmiechu i właściwie na nas nie patrząc, także pytają "What is your country?". Stosujemy nową metodę. Udajemy, że nie rozumiemy angielskiego.

Widzej nas pospiesza, bo chce, jak twierdzi, pokazać nam jeszcze dużo rzeczy. Wiemy, że śpieszy mu się także do swoich "entrensowych" sklepów, a robi się coraz później :).

Kolejny punkt programu to Jama Masjid - największy meczet w Indiach. Widzej pyta nas, czy ma się zatrzymać, żebyśmy mogli zrobić zdjęcie z samochodu. Ze zdumieniem przyjmuje naszą odpowiedź, że owszem, ma się zatrzymać, ale po to, żebyśmy mogli wysiąść i spokojnie zwiedzić ów meczet. Zdaje się, że tego nie przewidział. Ci turyści mają naprawdę dziwne zachcianki!
Meczet jest fantastyczny! Przypomina nam trochę Fatehpur Sikri - taki sam wielki, jasny i przestronny dziedziniec otoczony z czterech stron krużgankami, fontanna (a raczej zbiornik wodny) na środku no i sam wielki, przepiękny meczet. Wstęp teoretycznie bezpłatny, ale za to wniesienie aparatu kosztuje 200 rupii - rekordowa cena w porównaniu z innymi, odwiedzonymi przez nas miejscami w Indiach :).
Postanawiamy wdrapać się na wieżę widokową, z której roztacza się ładny widok na miasto, między innymi można podziwiać rozległy Red Fort znany nam już z pierwszego dnia pobytu w Delhi. Na wieżę prowadzą kręte, wąskie i nieoświetlone schody, natomiast na samej wieży jest bardzo niewiele miejsca na wąskim odcinku wzdłuż okrągłych ścian wieży, pośrodku dziura na schody, do której bardzo łatwo wpaść. Nikt tu nie reguluje ruchu, w związku z tym my na górze bardzo szybko zostaliśmy zablokowani przez pchającą się z dołu po schodach ciżbę. I ani w dół ani w górę. Spędziliśmy tam kilkanaście minut, zanim tłum wchodzący zorientował się, że należy się wycofać i nie pozwolić jednocześnie, aby kolejne osoby wchodziły z dołu :).

Kolejną atrakcją miał być Czerwony Fort (Lal Qila), ale niestety w końcu z niego rezygnujemy. Wygląda wprawdzie bardzo okazale, ale czas płynie szybko, chcemy zobaczyć jeszcze kilka miejsc, a fortów widzieliśmy już niemało. Szkoda mimo wszystko.

Mauzoleum Humayuna, mogolskiego cesarza to kolejne magiczne miejsce, które trzeba koniecznie obejrzeć będąc w Delhi. Oglądamy je przy zachodzie słońca, rzesze ptaków w koronach drzew (w tym piękne, seledynowe papugi) zapewniają niezwykłe tło dźwiękowe, prawdziwa uczta dla oka i ucha.
Wyczytaliśmy, że mauzoleum jest uważane za natchnienie przy budowie Taj Mahal (który powstał jakieś 200 lat później). Rzeczywiście układ kompleksu jest bardzo podobny: okazała brama wejściowa usytuowana naprzeciwko głównego budynku, który kształtem rzeczywiście przypomina Taj Mahal, do tego po lewej i prawej stronie bliźniacze kwadratowe budynki i podobne rozwiązania "wodne" - długie wąskie kanaliki z wodą o mętnym, białym kolorze, aż sztywną od chloru.
Pod względem budulca i zdobień mauzoleum nie jest tak spektakularne jak Taj Mahal, ale ciepły kolor ścian z czerwonego i żółtego piaskowca nadaje mu niepowtarzalny klimat. Piękny ogród wokół dopełnia całości, jesteśmy zachwyceni tym miejscem i udaje nam się trochę wyciszyć.
Wstęp do mauzoleum kosztuje 5 USD (lub 250 rupii), ale naprawdę warto.

Mamy nadzieję na obejrzenie Qutab Minar, oddalonego 15 km od Delhi, ale tylko 40 minut dzieli zachód słońca od zapadnięcia całkowitego zmroku, więc z żalem rezygnujemy. Może te braki w zwiedzaniu zachęcą nas do ponownego odwiedzenia Delhi?

Przychodzi czas na negocjacje z Widzejem, który oczywiście chce nas już zawieźć do swoich entrensów. Okazuje się, że owe 2-3 sklepy, które zgodziliśmy się we wczorajszych ustaleniach odwiedzić, to duże, ekskluzywne malle, a nie pojedyncze sklepy, więc informujemy, że zgadzamy się tylko na jeden. Potem mamy pojechać do sklepów, które nas interesują (między innymi sklep z herbatą), a potem planujemy obejrzeć India Gate oraz budynki rządowe i ruszyć na lotnisko.

Mall zaliczamy z obrzydzeniem, sklep z herbatą nie oferował niczego szczególnego (indyjski Assam czy Darjeeling nie wyróżniają się niczym na tle innych znanych nam herbat, co dla takiego amatora tego napoju, jak Rafał, jest dużym rozczarowaniem).
Widzej niewinnie pyta Rafała, czy w takim razie chce jeszcze sobie obejrzeć jakieś tradycyjne koszule, po czym okazuje się, że wcale nie zamierzał mu pomóc w znalezieniu interesującego sklepu, lecz zawiózł nas do kolejnego malla z serii entrens. Odmawiamy stanowczo i nawet nie ruszamy się z samochodu. Atmosfera się psuje.

India Gate. Jest już ciemno, ale brama jest pieknie oświetlona, więc zbliżamy się do niej z przyjemnością. Czar pryska chwilę później: wokół bramy kłębią się grupy Hindusów, którzy usiłują nam sprzedać wszystko, co tylko możliwe, a wśród tych cudownych produktów króluje jakieś świecące na niebiesko badziewie, które wystrzela w powietrze i dryfując opada na ziemię w "przezabawny" sposób. Salwujemy się ucieczką.
Szkoda, bo Brama Indii to bardzo ładne miejsce, odpowiednik naszego Grobu Nieznanego Żołnierza, tyle, że nie uświadczysz tu choćby namiastki spokoju i zadumy charakterystyczych dla warszawskiego pomnika. Brama ma kształt olbrzymiego łuku tryumfalnego. Ppodobno na ścianach znajduje się 85 tysięcy nazwisk żołnierzy indyjskich poległych między innymi w I wojnie światowej. Niestety nie było nam dane przekonać się o tym na własne oczy.

W samochodzie czeka nas średnio miła niespodzianka: Widżej zdążył w tym czasie napić się rumu i wyraźnie jest wstawiony. Przerażeni perspektywą podróży z nim na lotnisko, usiłujemy powiedziec mu, że czujemy się, mowiac delikatnie, niekomfortowo. Nie wydaje nam sie jednak, żeby spotkało się to z jego zrozumieniem. Chwilowo nie kontynuujemy podrózy, bo Widzej wlasnie teraz i nie pozniej daje nam do przepisania swój adres, wymaga od nas podania swoich namiarów i czeka az napiszemy mu list polecajacy przypominając, że mamy go polecac wszystkim naszym znajomym. Ruszamy w koncu, ale mamy juz go tak dosyc, ze jedynie przelotnie zerkamy na budynki rzadowe (skadinad bardzo ladnie oswietlone) i kazemy sie natychmiast zawiezc na lotnisko, gdzie zegnamy go z ulga.
To ostatnie wydarzenie zaburzylo nam troche calkiem niezły wizerunek Indii i Hindusów z ostatnich dni. Na pewno z perspektywy czasu skoncentrujemy sie na dobrych momentach, ale w tej chwili czulismy tylko wielka ulge: wracamy do domu!

Brak komentarzy: