poniedziałek, 29 października 2007

27 pazdziernika - Delhi

Stanowczo lepiej! Budzi nas halas zatloczonej ulicy: klaksony, silniki samochodow, ludzkie kroki, glosy, a nawet spiew. I dziala swiatlo! Lazienka zgodnie z podejrzeniami baaardzo srednia, ale chociaz obiektywnie wszystko nadal jest obskurne, to mamy tak doskonale nastroje, ze i lazienka i pokoj sa w tej chwili calkowicie akceptowalne.

Okolo 11 pukanie do drzwi - sniadanie. Tosty i herbata - a wiec nadal dieta biorac pod uwage zaserwowana nam ilosc:).
Sam wlasciciel, Rahim, ktory ze mna korespondowal w sprawie rezerwacji, podjal nas z honorami godnymi gosci najwyzszej kategorii i zrecznie nas doprowadzil w rozmowie do punktu, w ktorym zlozyl nam propozycje objazdowki po Rajastanie z jego kierowca za cene blisko 12 tys rupii za osobe czyli ok 800 zl. Obiecalismy grzecznie, ze sie zastanowimy, ale raczej chcemy poczuc przygode, wymowilismy sie od objazdowki po Delhi z kierowca i niezrazeni przestroga Rahima, ze wrocimy z bolem glowy, ruszylismy na miasto!

Wrocilismy jesli nie z bolem glowy, to na pewno skolowani. Delhi jest zatloczonym głosnym miastem, samochody, tuk tuki, autobusy, motocykle i rowery jada pozornie bez ladu i skladu a głownym atrybutem każdego pojazdu jest klakson. Dodatkowa kategorie uczestników ruchu drogowego stanowia krowy. Juz wiemy dokladnie, skad sie bierze pojecie "swiete krowy". Sygnalizacja swietlna i przejscia dla pieszych to rzadkosc, ktora i tak nie gwarantuje bezpiecznego przejscia przez ulice. Nad miastem unosi sie Wieczny Smog, zapach spalin i kurz dostaja sie do nosa, do oczu i do gardla. Ale to nie wszystko.

Zwiedzanie miasta zaczynamy od Connaught Place - wielkiego, zatloczonego ronda pełnego sklepów z całkiem miłym zielonym skwerem posrodku, gdzie każde minimalnie zacienione miejsce jest zajete przez wypoczywajacych tubylcow.

Po konsumpcji w McDonaldzie (jeszcze jestesmy ostrozni, jeśli chodzi o kulinaria - polecamy zestaw Maharaja i coca cole:) ruszamy na piechote na dworzec kolejowy, zeby zorientowac sie w sytuacji transportowej w tym nowym dla nas kraju. Chcemy bowiem nabyc bilet do Varanasi. Nie zdazylismy jednak wejsc do hali z kasami - zatrzymal nas jakis uprzejmy Hindus i poinformowal, ze bilety dla cudzoziemcow mozna nabyc w specjalnym oficjalnym rzadowym biurze, do ktorego za 10 rupii zawiezie nas riksiarz (tuk tuk). Nasz informator wreczyl nam nawet formularze, ktore trzeba wypelnic przy rezerwacji kazdego biletu i dodaje: "tu trzeba czekac w dlugiej kolejce a w biurze nie trzeba". Wszystko to jest zgodne z tym, co czytalam w necie na temat nabywania biletów w Indiach za wyjatkiem jednej rzeczy: wydawalo mi sie, ze biuro dla cudzoziemcow jest na pierwszym pietrze dworca a nie gdzies, gdzie trzeba jechac riksza. W naszej (jak sie pozniej wielokrotnie okazalo) naiwnosci ulegamy jednak i jedziemy riksza do "oficjalnego biura". Jest to agencja, jakich wiele w Delhi, zajmujaca sie posrednictwem w sprzedazy biletów otrzymujaca za to prowizje od kolei. Nasz uprzejmy informator takze dostaje prowizje za przyslanie klientow czyli nas. Pierwsza wpadka! A tyle czytalismy o trickach hinduskich! :)

A biletów do Varanasi nie ma juz na najbliższy tydzien przynajmniej. Agent sprawdza to na stronie internetowej kolei indyjskiej i od razu korzysta z okazji namawiajac nas na objazd samochodem po Rajastanie.

Nie bardzo wiemy co robic. Nasz riksiarz, ktory czeka na nas, widzac nasze zafrasowanie oferuje nam zawiezienie nas do "normalnego" biura biletowego, ktore dysponuje "specjalna" pula biletów specjalnie dla turystow, tam powinny sie znalezc jeszcze bilety do Varanasi. I to okazuje sie byc agencja posrednictwa, gdzie pokazuja nam dokladnie te sama strone internetowa z dokladnie tym samym brakiem biletow do Varanasi i proponuja nam dokladnie taka sama objazdowke po Rajastanie z samochodem. Wpadka numer dwa!

Pojawiaja sie u nas pierwsze oznaki irytacji. Nie dowierzamy juz naszemu riksiarzowi, mowimy mu wiec, zeby nas zawiozl do swiatyni Lakshmi, naszego kolejnego obiektu zwiedzania i tam zamierzamy sie go pozbyc. Nalega na obwiezienie nas po calym Delhi. "Nie chodzi mi o pieniadze, ja nienawidze pieniedzy, chce, zebyscie byli zadowoleni". Odmawiamy. Jedziemy do swiatyni. Wysiadamy. I tu nastepuje wpadka numer trzy! Nie ustalilismy z riksiarzem na poczatku ceny za cala te podroz (a o tym takze tyle czytalismy, a jakze!) i Ten, Ktory Tak Nienawidzi Pieniedzy zaspiewal 400 rupii. Po nieprzyjemnej wymianie zdan dajemy mu 250 rupii. I tak o jakies 200 za duzo.

Świątynia Lakshmi Narayan (Birla Mandir) zbudowana w latach 30-ych XX wieku jest okazałym budynkiem o krwisto-ceglanym kolorze z licznymi posągami hinduskich bogów. Początkowo oglądamy je sami, chwilę później już dołącza do nas strażnik i uprzejmie nas oprowadza a jego sposób prezentowania poszczegolnych bogow polega na odczytywaniu nazw podanych w języku angielskim pod wiekszością posągów czy płaskorzeźb :). Wręcza nam także malutką paczuszkę słodkiego czegoś do pochrupania i wykonuje czerwonym proszkiem kropki na czole "for good luck". A potem czeka na zapłatę. Odmawiamy mowiac, ze nie prosilismy o te usluge, dumni jak sobie z nim swietnie poradzilismy...

Na tyłach świątyni rozciąga się przyjemny ogród - park pełen sztucznych grot i postaci zwierzat oraz zielonych papuzek. Miłe wytchnienie po zatloczonym i smrodliwym miescie. Spotykamy wycieczke dzieci z paniami nauczycielkami, dzieci podchodza do nas, usmiechaja sie, podaja nam reke, pytaja o imie i same sie grzecznie przedstawiaja. Potem ochoczo ustawiaja sie do zdjec. Jeszcze nas to rozczula.

W mizernie wygladajacym barze na terenie ogrodu z rozkosza konsumujemy bajecznie tania samose (jakies 7 rupii za sztuke), co wprawia nas w rownie rozkoszny nastroj. Po posilku dyskretnie wypijamy po łyczku żołądkówki z warszawskiego zapasu (pomysł takze ściągnięty od jakiegoś internauty:).

Ruszamy na piechote, jak sadzimy, w kierunku centrum. Zatrzymuje sie kolo nas tuk tuk, kierowca entuzjastycznie nas wita i mowi, ze nas pamieta z hotelu, tam pracuje jego brat, a on widzial nas przed hotelem. Pyta jakie mamy plany, mówimy o problemie z biletem do Varanasi. Oferuje zawiezienie nas do "official government ticket office" za free, chce nam po prostu pomoc. Wsiadamy, w koncu to znajomy. O naiwnosci nasza. Rafał pyta juz w srodku z jakiego hotelu nas pamieta. Miał dobre przeczucie. Odpowiedz odnosnie hotelu była mglista a "official office" to kolejna, trzecia juz tego dnia agencja, gdzie syczac przez zeby mowimy agentowi, ze jesli ma bilety do Varanasi, to poprosimy, a jesli nie, to idziemy i, uprzedzajac jego dalsze slowa, nie jestesmy zainteresowani objazdowka samochodem po Rajastanie. Agent usmiecha sie - chyba troche rozumie nasza sytuacje. Biletow oczywiscie nie ma - ta sama strona internetowa nie kłamie. Wpadka numer cztery! :)

Wychodzimy (nasz riksiarz, który "zna nas z hotelu" juz nas nie zna) i idziemy dalej, znowu na azymut a raczej na węch (mapa nie jest zbyt pomocna, w Delhi trudno znalezc nazwe ulicy). Chcemy jeszcze cokolwiek zobaczyc a juz jest ciemno. Dochodzimy niechcacy do Paharganj (Main Bazaar Street) i natykamy sie takze niechcacy na Golden Cafe! Max Cegielski w swojej "Masali" twierdzi, ze to mekka turystow (indywidualnych)! Wchodzimy i juz tam zostajemy. Poznajemy parę Rosjan wracajacych z Nepalu oraz ekstrawaganckiego Duńczyka fotografa, ktory mieszka w Delhi podobno od 12 lat. Pełno białasow, miły kelner podaje nam w tajemnicy (bo nie maja koncesji) piwo Kingfisher made in india, konsumujemy kurczaka i czujemy, że na chwilę odnleźliśmy swoje miejsce na tej dalekiej ziemi.

Warto tu przy okazji wspomnieć o "środkach ostrożnosci" w Indiach. Tuż przed Golden Cafe natykamy sie na policjanta, ktory prosi nas o przejscie przez bramke (taka a'la lotniskowa, wykrywajaca metal) po drugiej stronie ulicy. Zdziwieni przechodzimy, bramka nawet nie pisnęła, chociaz mielismy wiele rzeczy metalowych, na przykład nóż Rafała... :). Bezpieczenstwo jest jednak bezsprzecznie priorytetem, wiec przyjmujemy ze zrozumieniem ten zabieg... :)

Nie dajemy za wygrana i po wizycie w Golden Cafe łapiemy tuk tuka, ktory nas wiezie do Red Fortu (Lal Qila). Podobno o 21 ma byc tu interesujacy pokaz swiatla i dzwieku. Przyjechalismy o 21:30 i pocalowalismy fortowa klamke. No ale cos widzielismy - fort z zewnatrz wieczorowa pora :)

Ostatni tuk tuk i ostatni trik trik tego dnia. Nauczeni doswiadczeniem ustalamy cene z góry (10 rupii). Riksiarz sie lekko pogubil i troche krazyl, zanim znalazl nasz hotel, wiec wspolczujac mu, postanowilismy mu dac 20 rupii. Spojrzal na nie z niechecia i zazadal wiecej, bo nie wiedzial, ze hotel jest tak daleko (czyli w centrum miasta). I współczuj tu czlowiekowi! Racjonalny w Europie argument, że to pana problem, pan powinien znac miasto i ustalic z nami odpowiednia stawke, nie przemowil do mieszkanca tego subkontynentu. Mimo to, twardzi jak skały, nie dalismy wiecej.

Po takim dniu i po porazce z biletem "PKP" decyzja o objazdowce po Rajastanie samochodem podejmuje sie sama: skorzystamy z oferty Rahima z naszego hotelu.

Brak komentarzy: