piątek, 2 listopada 2007

28 pazdziernika - Delhi - Jhunjhunu

Wstajemy rano, znowo dosyc pozno (11:00), chyba jeszcze sie nie przystosowalismy do zmiany czasu? Pomimo, ze to niedziela i "everything is closed madam", halas na ulicy taki sam, jak w zwykly dzien - stopery przydaja sie po raz pierwszy :).

Pojawia sie Rahim i zaczynamy negocjacje i dyskusje, w koncu koncepcja wyjazdu przyklepana: ruszamy jeszcze dzisiaj. W sumie to wcale juz nie mamy ochoty na zatloczone i zasmrodzone Delhi... Koszt wycieczki 11.700 rupii czyli okolo 300 USD na osobe. W cenie samochod, kierowca, benzyna, podatki (klimatyczne, wjazd do kolejnych stanow, a jak sie pozniej okazalo, takze i mniej oficjalne oplaty, w tym haracze:), "sightseeing" - czyli dojazd do zabytkow - taka dosyc marketingowa pozycja, nie wyobrazam sobie bowiem, zeby kierowca mial nas wysadzac na rogatkach miasta i czekac az wszystko zwiedzimy:). Co do noclegow - Rahim oferowal, ze nam je takze zalatwi, ale odmowilismy z 2 powodow: chcielismy choc odrobine poczuc samodzielnosc przynajmniej przy wyborze miejsca do spania a poza tym srednia cena noclegu podana przez Rahima przekraczala ceny znane nam z Lonely Planet. Zgodzilismy sie, ze bedziemy ogladac hotele proponowane przez kierowce, ale jesli nam nie beda odpowiadac, to szukamy innego.

Ruszamy samochodem marki "Ambasador" - taka troche nasza "Warszawa" ale produkowana wspolczesnie - podobno nasz ma 3 lata - nie jestesmy jednak tego pewni. Pasow z tylu brak, ale poza tym przyjemne autko, czyste i blyszczace i z wygladu rodem z lat 50-ych. I z klima. Kierowca - Widzje - tak mniej wiecej sie to wymawia - jest klasycznym, dosyc milym Hindusem, obie strony pracuja nad stworzeniem znosnej relacji. Okazuje sie, ze Delhi poza centrum jest dosyc czyste, przestronne i zielone. Potwierdza sie informacja, ze drogi w Indiach sa w takim stanie, ze 200 km zajmuje nam pół dnia. Potwierdza sie takze szalenstwo na drogach - miejscami jest to prawdziwy hardcore. Zagrozenie zderzeniem czolowym wystepuje srednio co 30 sekund.

Po drodze "przygoda": zajezdza nam drogę wóz drabiniasty z sianem, samochód otacza kilku tubylców, w tym jeden z bojowniczo uniesionym plastikowym krzesłem, świecą latarkami do środka samochodu i coś nawołują. Zaczyna się dyskusja z naszym kierowcą, zakończona przekazaniem im przez niego jakiejś kasy. Haracz za przejazd przez wioskę od przybyszów! Wliczony zapewne w cenę usługi, bo Widzej wyjaśniając nam z uśmiechem i absolutnym spokojem tę całą sytuację, nie oczekiwał jednocześnie, że mu jakoś za to zwrócimy :).

Nasz cel to Mandawa, ale nocleg w miejscowosci Jhunjhunu - 40 km przed Mandawa. Urocze miejsce: Hotel Jamuna Resort, styl hinduski, szklane mozaiki na scianach, ogrod, patio, pokoje czysciutkie, basen (!) - z niezbyt czysta woda ale zawsze - slowem, slodziutko. Cena za pokoj 700 rupii - troche duzo, łapiemy sie na tym, ze jestesmy niekonsekwentni, ale takie miejsce.... Wieczor - Widzje chce sie z nami integrowac. Przynosi zakupiony uprzednio rum za 250 rupii i czeka na nas w ogrodzie. Przychodzimy z gotowym planem: pijemy po szklaneczce i spadamy. Wieczor konczy sie po okolo 5 godzinach spiewem, beatboxem Rafala z innym kierowca - nota bene niezlym swirem, nauka gospela, dysusjami o hinduskich bogach etc etc.... :). Powitanie z Indiami zaliczone i to hucznie :).

1 komentarz:

Unknown pisze...

jak na razie to podoba mi sie najbardziej :) radosne powitanie Indii!
caluje Was
Ania Mania